
Ludzie zaczynali się wahać, oglądali się za siebie. Czy to jakiś podstęp? Co się tam dzieje?
Leon jednak zachowywał optymizm, a Emma mu przytakiwała.
Alonzo był bardziej powściągliwy.
– Chyba nie tutaj mieszkał twój pradziad Emile jako dziecko? – zapytał ironicznie Emmę.
– Nie, to przecież niemożliwe – prychnęła ze złością. – Wszystko wskazuje na to, że znaleźliśmy się w jakimś zaczarowanym lesie.
Zmurszałe pnie drzew, okolica coraz bardziej dzika, a do tego te okropne ryki jak z piekielnej otchłani.
– To jest tajemnicza broń mnichów – wyjaśnił Leon dumnie, nie przypuszczając, że ci jego łysi, ponurzy przybysze z epoki średniowiecza zostali z trzynastu zredukowani do ośmiu, a i ta reszta rozpłynęła się w powietrzu. – Trzeba po prostu iść – starał się ich zachęcać. – Niezależnie od tego, co, czy kto, wydaje te głosy, to jest on po naszej stronie. Nasi wrogowie stają się coraz mniejsi.
My też, myślał Alonzo z goryczą, ale przecież, skoro zamierza zdobyć Emmę, to nie może teraz tak zwyczajnie zawrócić. Emma zaś nie sprawiała wrażenia, że się w ogóle czegokolwiek obawia.
Ta kobieta budzi lęk, pomyślał. Ale jest też cudowna! I będzie moja. A wtedy ja stanę się silniejszy niż Leon. Potężniejszy!
Wyszli na niewielką polankę w pobliżu szemrzącego spokojnie strumyka, jakby stworzonego po to, by mógł się w nim przeglądać księżyc.
I nagle stali się świadkami nieprawdopodobnego dramatu.
Widzieli rozświetlony niczym błyskawica miecz, który sypał snopy iskier, kiedy trzymający go mężczyzna wymachiwał nim to w przód, to w tył, jakby zwlekał z zadaniem ciosu. I widzieli człowieka trzymającego miecz. Emma jęknęła, Leon przystanął jak wryty i mamrotał:
– Rany boskie, to musi być ten sam, który tyle razy zastępował nam drogę. Nigdyśmy go nie widzieli, ale teraz go mamy!
Ujrzeli coś jeszcze i zapomnieli o człowieku z mieczem.
Ujrzeli mianowicie potwora, na widok którego krew krzepła w żyłach, który sprawił, że nawet Leon się zawahał.
