– Co to jest? To człowiek, czy…?

Kilku jego ludziom zrobiło się niedobrze, zawrócili i uciekli. Alonzo nawet nie próbował ich zatrzymywać. Stał jak skamieniały, z rozdziawioną gębą. I chociaż wierzył, że to obrzydlistwo jest po ich stronie, wszystko się w nim przewracało.

Przeklęty Leon, czy on nie mógł wymyślić czegoś bardziej rozsądnego? Musiał pozwolić, żeby mnisi wezwali to monstrum z krainy potępionych?

A właśnie, gdzie się podziewają mnisi?

Jeden z jego ludzi poczuł się lepiej i wrócił, blady jak ściana zerkał na upiora.

– Leon… Alonzo… – szeptał śmiertelnie przerażony, z rozbieganym wzrokiem. Głos miał świszczący ze wzburzenia. – Słyszałem głosy paru osób ukrywających się wśród skał. Słyszałem, jak rozmawiali ze sobą półgłosem. Ja myślę… Mnie się wydaje, że jednym z nich jest Elio! Słyszałem to imię.

Leon nie wiedział, co powiedzieć, rozdarty między dwa niebywale gwałtowne uczucia. Także on miał rozbiegane oczy.

– I nie złapałeś go? – syknął przez zęby.

– Co? Nie, tam jest okropnie ciemno w tych skałach. Na pomoc!

Teraz zbliża się ten… ten…

I podwładny Leona uciekł znowu.

Jego szef zaklął cicho. Wszystko działo się tak szybko, w takim obłąkańczym wirze, że nie miał czasu się zastanowić.

Chciał wołać do potwora, że są wspólnikami, że znajdują się po tej samej stronie, wyglądało jednak na to, że tamten nawet go nie zauważa, brnie po prostu dalej, wciąż wpatrzony w postać wysoko na skale.

Miecz rozbłysnął w księżycowym blasku. Przerażająca istota ryknęła, nie przejmowała się wcale owym nic nie znaczącym człowiekiem, który trzymał w dłoniach tylko zwykły miecz.

Wamba jest niepokonany, żadna stworzona przez ludzi broń się go nie ima, mnisi go o tym zapewnili.

Wyciągnął przed siebie ciężką łapę i cisnął kolejne przekleństwo na to chwiejne ludzkie źdźbło stojące przed nim akurat na odpowiedniej wysokości. Byli teraz równi sobie. Znakomicie!



8 из 159