
— Sprawdzimy, jak głę…
Stuk! Ołówek odbił się i potoczył po całkiem solidnych z wyglądu deskach podłogi. Moist podniósł go i powoli wrócił na krzesło.
— Czy kiedyś nie było tam takiej głębokiej jamy z kolcami na dnie? — zapytał.
— Trudno sobie nawet wyobrazić, czemu miałby pan tak myśleć — odparł Vetinari.
— Jestem pewien, że była — upierał się Moist.
— Domyślasz się, Drumknott, skąd u pana Lipwiga pomysł, że za tymi drzwiami była głęboka jama z kolcami na dnie? — zapytał Vetinari.
— Trudno sobie nawet wyobrazić, czemu miałby tak myśleć, sir — wymamrotał sekretarz Patrycjusza.
— Bardzo jestem zadowolony z pracy w urzędzie pocztowym — zapewnił Moist i uświadomił sobie, że brzmi to, jakby się tłumaczył.
— Nie wątpię. Jest pan doskonałym naczelnym poczmistrzem. — Vetinari znów zwrócił się do Drumknotta. — Skoro już skończyliśmy, powinienem się zająć nocnymi przekazami z Genoi.
Po czym starannie złożył list i wsunął go do koperty.
— Tak jest, sir — zgodził się Drumknott.
Tyran Ankh-Morpork wrócił do pracy. Moist przyglądał się, jak Vetinari wyjmuje z szuflady niewielkie, ale ciężkie z wyglądu czarne pudełko. Wydobył z niego laskę czarnego laku, po czym wytopił niewielką kałużę, która spłynęła na kopertę. Robił to z zaabsorbowaną miną, która doprowadzała Moista do szału.
— Czy to wszystko? — zapytał.
Vetinari uniósł głowę i zdawało się, że zdziwił się na jego widok.
— Ależ tak, panie Lipwig. Może pan odejść. — Odłożył lak i wyjął ze szkatułki czarny sygnet.
— Ale nie ma żadnego problemu, prawda?
— Nie, absolutnie. Stał się pan wzorowym obywatelem, panie Lipwig. — Vetinari starannie odbił w stygnącym laku literę V. — Codziennie wstaje pan o ósmej, a o wpół do dziewiątej siada pan już za swoim biurkiem. Zmienił pan urząd pocztowy z katastrofy w sprawnie działającą maszynę. Płaci pan podatki, a mały ptaszek wyćwierkał mi, że pewnie w przyszłym roku zostanie pan przewodniczącym Gildii Kupców. Brawo, panie Lipwig!
