Vetinari machnął ręką.

— Zabawny przypadek — rzucił. — O ile wiem, nikt przy tym nie zginął.

— Eee… drugi nakład pięćdziesięciopensowego?

— Ten, który nazywają „Kochankowie”? Liga Przyzwoitości złożyła skargę, istotnie, ale…

— Nasz grafik nie zdawał sobie sprawy, co szkicuje! Nie zna się na rolnictwie! Sądził, że para młodych ludzi rozsiewa nasiona!

— Ehem… — mruknął Vetinari. — Ale rozumiem, że rzeczona kwestia może być obserwowana z rozsądną dokładnością jedynie przez duże szkło powiększające, a zatem obraza moralności, jeśli nastąpi, jest zadawana sobie samodzielnie. — Rzucił Moistowi jeden z tych swoich lekko przerażających uśmieszków. — Jak rozumiem, te nieliczne egzemplarze, które pozostały w obiegu wśród kolekcjonerów znaczków, są naklejane na gładkie brązowe koperty. — Spojrzał na całkowicie niemal pozbawioną wyrazu twarz Moista i westchnął. — Niech pan powie, panie Lipwig, czy miałby pan ochotę robić prawdziwe pieniądze?

Moist zastanawiał się chwilę, po czym zapytał ostrożnie:

— A co się ze mną stanie, jeśli odpowiem: tak?

— Rozpocznie pan nową karierę, pełną wyzwań i przygód, panie Lipwig.

Moist zaczął się wiercić. Nie musiał się oglądać, by wiedzieć, że w tej chwili ktoś stanął już przy drzwiach. Ktoś o solidnej, choć nie groteskowej budowie, w tanim czarnym garniturze i absolutnie pozbawiony poczucia humoru.

— A tak dla podtrzymania dyskusji… Co się stanie, jeśli powiem: nie?

— Może pan wyjść tamtymi drzwiami i nie będziemy już wracać do tej sprawy.

To były drzwi w innej ścianie. Nie wchodził przez nie.

— Tamte drzwi? O tam? — Moist wstał i wskazał je palcem.

— W samej rzeczy, panie Lipwig.

Moist zwrócił się do Drumknotta.

— Czy mogę pożyczyć pański ołówek? Bardzo dziękuję.

Podszedł do drzwi i otworzył je. Potem teatralnym gestem przyłożył dłoń do ucha i upuścił ołówek.



12 из 343