
— Uważam, że trzeba sprawdzić jego pokój.
— Naprawdę? No a ja uważam, że co robi pan Lipwig, żeby się trochę zasapać w swoim własnym pokoju, to jego sprawa. — Woźnica mrugnął do Moista znacząco. — I wychodzi mi jeszcze, że dziesięć dolców na głowę właśnie nam ucieka, bo jesteś dupkiem. Bardzo przepraszam, sir — zwrócił się do Moista. — Jest nowy i brakuje mu manier. Zostawimy pana teraz — dodał, dotykając czoła w sposób jego zdaniem wyrażający szacunek. — I jeszcze raz przepraszamy za wszelkie niedogodności, jakie mogliśmy sprawić. A teraz biegiem, nicponie!
Kiedy zniknęli mu z oczu, Moist wrócił do pokoju i starannie zaryglował za sobą drzwi.
No cóż, pewne talenty jednak zachował. Lekka sugestia, że ma w pokoju kobietę, stanowczo przesądziła sprawę. A poza tym przecież naprawdę był naczelnym poczmistrzem i naprawdę miał wszystkie klucze.
Do świtu została najwyżej godzina. I tak już na pewno nie zaśnie. Równie dobrze może oficjalnie wstać i utrwalić swoją reputację człowieka pracowitego.
Mogli zwyczajnie zestrzelić go z tej ściany, myślał, wybierając koszulę. Mogli zostawić go, żeby sobie wisiał, i obstawiać, kiedy spadnie; to byłoby podejście ankhmorporskie. Miał zwyczajne szczęście, że postanowili przyłożyć mu sprawiedliwie raz czy dwa, zanim go wrzucą do skrzynki listowej Gildii Złodziei. A szczęście przychodzi do tych, którzy robią dla niego miejsce…
Rozległo się potężne, a jednocześnie wciąż uprzejme pukanie do drzwi.
— Jest Pan Przyzwoity, Panie Lipwig? — zahuczał głos.
Niestety tak, pomyślał Moist, a głośno odpowiedział:
— Wejdź, Gladys!
Gladys wkroczyła. Deski podłogi zatrzeszczały i zadygotały meble po drugiej stronie pokoju.
Gladys była golemem, osobnikiem z gliny (a ściślej mówiąc, by uniknąć zbędnej dyskusji, osobniczką) o wzroście niemal siedmiu stóp. Nosiła — bo z imieniem „Gladys” trudno było uznać golema za przedmiot, a „nosił” też nie pasuje — bardzo obszerną niebieską sukienkę.
