
Uniósł głowę. Okno mieszkania naczelnego poczmistrza znajdowało się wprost nad nim.
No… dobra…
Ręce i ramiona mu zdrętwiały i bolały równocześnie. Słyszał turkot wielkiej windy towarowej wewnątrz budynku, stuk prowadzącej na dach klapy, kroki na dachu. Poczuł linę opadającą mu na ramię.
— Łap ją albo spadaj — usłyszał z góry, kiedy początkowo nie udało mu się jej pochwycić. — W ostatecznym rachunku na jedno wyjdzie.
Śmiechy w ciemności…
Mężczyźni mocno pociągnęli linę. Sylwetka wspinacza zawisła w powietrzu, odbiła się od muru i spadła z powrotem. Tuż poniżej parapetu brzęknęło tłuczone szkło i lina wysunęła się pusta. Członkowie ekipy ratunkowej spojrzeli po sobie.
— Wy dwaj do drzwi frontowych i tylnych. Ale już! — polecił woźnica, który szybciej się orientował. — Wyprzedźcie go! Zjedźcie windą! Reszta — wykurzymy go stąd! Przeszukamy piętro po piętrze!
Tupiąc, zbiegli po schodach i ruszyli korytarzem. Mężczyzna w szlafroku wysunął głowę zza drzwi któregoś z pomieszczeń, popatrzył na nich zdumiony i warknął:
— Coście za jedni, do licha? Dalej, gońcie go!
— Ach tak? A pan coś za jeden? — zainteresował się stajenny, który przystanął i spojrzał na intruza podejrzliwie.
— To pan Moist von Lipwick! — zawołał z tyłu woźnica. — Naczelny poczmistrz!
— Ktoś wpadł przez okno i wylądował między… to znaczy prawie na mnie wylądował! — krzyknął mężczyzna w szlafroku. — Uciekł tym korytarzem! Dziesięć dolarów dla każdego, jeśli go złapiecie! A w ogóle to nazywam się Lipwig.
To by ich pchnęło do biegu, ale stajenny znów się odezwał podejrzliwie:
— Powiedz pan „szefuniu”, co?
— O co ci chodzi? — zdziwił się woźnica.
— Bo ma głos całkiem podobny do tamtego — odparł stajenny. — I jest zasapany!
— Zgłupiałeś? — zirytował się woźnica. — To przecież naczelny poczmistrz! On ma tu piekielny klucz! Ma wszystkie klucze! Dlaczego, do demona, miałby się włamywać do własnej poczty?
