Moist von Lipwig, filar społeczeństwa. Ha…

Przyjrzał się dokładniej. Kto stoi za jego plecami? Szeroka twarz z zarostem trochę podobnym do Vetinariego, jednak to, co u Patrycjusza było kozią bródką, u tego człowieka sugerowało raczej efekt chaotycznego golenia. Pewnie ktoś z banku… Było tam tak wiele twarzy, tak wiele dłoni do uściśnięcia, a każdy chciał się zmieścić na obrazku. Ten człowiek wyglądał jak zahipnotyzowany, ale ludzie często tak się zachowują, kiedy widzą wymierzony w siebie ikonograf. Po prostu jeszcze jeden gość na jeszcze jednej uroczystości.

A wstawili ten obrazek na pierwszą stronę, bo ktoś uznał, że główny tekst — o upadku kolejnego banku i o tym, jak tłum rozwścieczonych klientów próbował powiesić dyrektora — nie zasługuje na ilustrację. Gdyby redaktor miał tyle przyzwoitości, żeby zamieścić obrazki z tego wydarzenia, uprzyjemniłby czytelnikom dzień. Ale nie, musiał puścić ikonogram Moista von cholernego Lipwiga!

A bogowie, kiedy mieli już człowieka przy linach, nie mogli się powstrzymać przed jeszcze jednym gromem. Trochę niżej na pierwszej stronie rzucał się w oczy tytuł FAŁSZERZ ZNACZKÓW ZAWIŚNIE. Czyli powieszą Owlswicka Jenkinsa. I za co? Za morderstwo? Za bycie znanym bankierem? Nie — za to, że wypuścił paręset arkuszy znaczków. Doskonale zrobionych, nie ma co — straż nigdy by nic nie wykryła, gdyby nie wdarli się na jego strych i nie znaleźli suszących się sześciu arkuszy czerwonych półpensowych.

Moist złożył zeznanie w sądzie. Nie miał wyjścia — to był jego obywatelski obowiązek. Fałszowanie znaczków uznawano za tak samo groźne jak fałszowanie monet, więc nie mógł się wywinąć, był w końcu naczelnym poczmistrzem, szanowanym obywatelem miasta. Czułby się odrobinę lepiej, gdyby oskarżony patrzył na niego z nienawiścią albo przeklinał, ale on tylko stał za barierką — drobna figurka z rzadką brodą, z oszołomionym, zagubionym wyrazem twarzy…



9 из 343