
Podrabiał półpensowe znaczki, naprawdę. Serce pękało na samą myśl. Pewnie, robił też wyższe nominały, ale co za człowiek zadaje sobie tyle kłopotów dla półpensówki? Owlswick Jenkins sobie zadawał, a teraz siedział w jednej z cel dla skazańców w Tantach i miał jeszcze kilka dni, by zastanowić się nad naturą okrutnego losu, nim wyprowadzą go i każą tańczyć w powietrzu.
Byłem tam, myślał Moist. Wyprowadzili mnie, wszystko zakryła czerń… a potem dostałem nowe życie. Ale nigdy nie sądziłem, że bycie uczciwym obywatelem może się okazać tak paskudne.
— Eee… Dziękuję, Gladys — rzucił w stronę uprzejmie wyrastającej nad nim postaci.
— Ma Pan Teraz Spotkanie Z Lordem Vetinarim — oznajmił golem.
— Na pewno nie mam.
— Na Zewnątrz Czeka Dwóch Strażników, Którzy Są Pewni, Że Tak, Panie Lipwig — zahuczała Gladys.
Ach, jedno z tych spotkań… — pomyślał Moist.
— A termin tego spotkania to właśnie teraz, tak?
— Tak, Panie Lipwig.
Moist chwycił spodnie, ale jakiś relikt przyzwoitego wychowania kazał mu się zawahać. Spojrzał na górę niebieskiej bawełny przed sobą.
— Pozwolisz?
Gladys się odwróciła.
To przecież pół tony gliny, myślał ponuro Moist, wciągając ubranie. Ale szaleństwo jest zaraźliwe.
Skończył się ubierać i zbiegł tylnymi schodami na dziedziniec powozowni, który jeszcze niedawno groził, że stanie się jego miejscem przedostatecznego spoczynku. Wyruszał właśnie Quirmski Wahadłowiec. Moist wskoczył na kozioł, skinął woźnicy głową i jechał w chwale po Opacznym Broad-Wayu, aż zeskoczył przy głównej bramie pałacu.
Byłoby miło, myślał, biegnąc schodami w górę do Podłużnego Gabinetu, gdyby jego lordowska mość przyjął ideę, że spotkanie to coś, na co umawia się więcej niż jedna osoba. No ale przecież był tyranem i musiał mieć jakieś rozrywki.
