Był lekki mróz. Dziewczyny idące z naprzeciwka wesoło śmiały się, komentując zmienną sołowiecką pogodę i najnowsze plotki. Minęła mnie grupka młodzieży z fabryki konserw imienia Sadko; coś wesoło śpiewali i grali na gitarze i wyraźnie kierowali się do najbliższego baru. Przez moment i ja nabrałem ochoty na małe szaleństwo, żeby wypić lekkiego bułgarskiego winka Klasztorna Izba, co to niedawno pojawiło się w Sołowcu, albo nawet gruchnąć seteczkę gruzińskiego koniaku pod kanapkę z szynką. Ale przypomniałem sobie, że w kieszeni mam rubla, a wypłata w czwartek, Wołodia w żaden sposób nie odda mi jutro piątki. Obiecawszy tej części mojej świadomości, która domagała się hulaszczego trybu życia, rewanż w niedzielę, skierowałem się do stołówki numer 11, gdzie można było złapać coś na kolację.

Nachmurzona staruszka sprzątaczka pętała się już pomiędzy stolikami ze szmatą na kiju, czyniąc aluzję do zbliżającego się zamknięcia stołówki, ale zdążyłem stanąć na końcu króciutkiej kolejki i zgarnąć z tacy ciepłe pierożki. Obok kasy spotkała mnie druga przychylność losu — z ostępów stołówki wyniesiono resztki nabiału, więc wzbogaciłem się o serek z rodzynkami i butelkę kefiru.

Biedniejszy o pięćdziesiąt procent, ale obciążony siatką z ładunkiem żywności, szybko skierowałem się do internatu. Mróz stawał się mocniejszy i pierożki, straciwszy resztki ciepła, zaczęły głucho postukiwać o siebie, gdy potrząsając przed twarzą portierki przepustką, wbiegłem do holu.

Po drodze do pokoju wpadłem do kuchni, oczywiście była jeszcze pusta. Może byłem sam na całym piętrze, pozostali siedzieli jeszcze w instytucie. Stawiając na kuchence czajnik, bezskutecznie walczyłem z zawstydzeniem. No nie, co to mnie dzisiaj napadło?



23 из 529