
— Dobra, nie ma co wróżyć — pierwszy poddał się Korniejew. — A wiesz, co ja wymyśliłem? Z Kołem…
— Tak? — zapytałem z drżeniem.
— Gdyby tak je zatrzymać, kiedy ludzie na Ziemi są szczęśliwi? Kiedy wszyscy mają fart?
— Fajnie — przyznałem. — Tylko kiedy? Czy są takie chwile?
— A gdyby tak zapowiedzieć całemu światu, że… e… w południe czasu Greenwich, na przykład, wszyscy mają być szczęśliwi i fartowni.
Nie dało się uniknąć puknięcia się palcem w czoło. Korniejew prychnął.
— Co się śmiejesz? Przecież można chwilę wytrzymać? Usiąść z dobrą książką przy oknie, popatrzeć na ładne dziewczyny. Albo zbierać się dużymi grupami, prawić sobie komplementy, dawać podarunki!
— A jeśli w takiej chwili ugryzie cię komar albo sąsiadowi pęknie rura i woda zaleje sufit?
— Myślisz, że to niemożliwe?
— Aha. Nierealne. Na pewno komuś się nie poszczęści.
— No to pocierpią dla większości! — Korniejew już się wycofywał. — Taki fajny pomysł!
— Głupi pomysł, Witka.
— Dobrze. Może przedwczesny! — Korniejew wyrwał spod mojej ręki ostatni pierożek i pomachał mi nim przed twarzą. Z trudem wytrzymałem, żeby się nie oblizać. — Może nie dziś? Za dziesięć, dwadzieścia lat? Kiedy już na pewno zapanuje wszechogarniające szczęście?
— No to po co wtedy zatrzymywać Koło? Robić masło maślane? Wiesz… jeśli ludzie staną się szczęśliwi, to mały pech ich nie załamie.
Co to był za cios! Korniejew zamilkł w pół słowa, zaczerpnął powietrza i oklapł. Położył pierożek na stole, wstał i — rzuciwszy mi urażone spojrzenie — przeleciał na parter.
— Witka, przestań się wydurniać — zawołałem.
Ale Korniejew się nie pojawił. Obraził się. Westchnąwszy, nalałem sobie dobrej gruzińskiej herbaty. Zjadłem ostatni pierożek i poszedłem do holu. Telewizor był wyłączony… czyli rzeczywiście jestem sam na piętrze. Włączyłem nowiutkiego ogonioka”, rozwaliłem się na wysiedzianym fotelu i przygotowałem się do delektowania widowiskiem.
