
Znawcy mnie jednak rozczarowali. Ze dwadzieścia minut patrzyłem, jak Znamienski z Tominem zajmowali się kradzieżą z fabryki dwóch bel kretonu. Niby wszystko było jasne, że głównym złodziejem jest zastępczyni dyrektora do spraw zaopatrzenia, kobieta mądra, ale z dużą ilością przeżytków w świadomości, jednakże znawcy uparcie tego nie zauważali. Pojąwszy, że dojdą do tego dopiero pod koniec następnego odcinka, bezszelestnie wstałem z fotela, opłukałem butelkę po kefirze i położyłem się spać.
Ze dwadzieścia minut uczciwie usiłowałem zasnąć. Liczyłem w kodzie dwójkowym od zera do tysiąca, przypominałem sobie różne zabawne, przyjemne historie, które wydarzyły się w instytucie za mojej pamięci — jak Ojra-Ojra pomagał Magnusowi Fiodorowieżowi testować dżinsy niewidki i jaka z tego wyszła plama, albo jak Christobal Hozewicz rozwiązał na Ałdanie w zasadzie nierozwiązywalne zadanie, ale wynik okazał się w zasadzie nie do pojęcia…
Pomyślawszy o Ałdanie i dwóch nieumiejętnie wykonanych dubletach pętających się teraz obok pulpitu, posmutniałem. Tak naliczą Wołodii… tak mu naliczą, że zmęczę się przeprosinami. A przecież można do dziesiątej skończyć, a potem pomajstrować sobie do woli…
Kiedy kończyłem tę myśl, przyłapałem się na tym, że już nie leżę w łóżku, lecz tańczę pośrodku ciemnego pokoju, ubierając się. No i dobrze. Nie ma co się lenić. Janus mnie nie zastraszy…
Gdy biegłem przez hol, portierka uchyliła okienko i z lekką nadzieją w głosie zapytała: — Sasza, idziesz do kina?
— Nie, do pracy… Muszę wpaść na chwilkę — odpowiedziałem, czując się winny. Nasza portierka, Lidia Pietrowna, chyba postawiła sobie za cel egzekwowanie przepisów o zatrudnieniu pracowników naszego instytutu.
Ulice były puste i zimne, więc żeby nie zmarznąć, puściłem się biegiem i wpadłem do budynku tak dynamicznie, że jakiś chochlik wycierający kurz z przykutego do drzwi szkieletu rzucił się w bok, a szkielet spróbował zamknąć oczy. Zrobiło mi się trochę głupio i zwolniłem.
