
Ale jakże wspaniała okazała się szansa na spacer po NICZNIEM-ie
Wybrałem kontynuację Poniedziałku nie dlatego, że jest moją ulubioną powieścią, inne książki braci Strugackich kocham równie mocno. Po prostu był to dla mnie najtrudniejszy temat. Podjąłem się pisania dalszego ciągu książki przesiąkniętej duchem lat sześćdziesiątych, blaskiem i śmiechem dawno minionych nadziei. Zaryzykowałem. Ale to już zupełnie inna historia.
Siergiej Łukjanienko
Rozdział pierwszy
… biorąc wszystko pod uwagę, moje życie — bycie z godziny na godzinę staje się coraz bardziej nie do wytrzymania…
Był wczesny ranek końca listopada. Telefon odezwał się akurat wtedy, gdy Ałdan zawiesił się kolejny raz. W ostatnim czasie, po uduchowieniu, praca z maszyną stała się bardzo trudna.
Westchnąwszy, trąciłem „zaczarowany wyłącznik” — wyłącznik zasilania — i podszedłem do telefonu.
Ałdan zahuczał niezadowolony za moimi plecami i wypluł z czytnika plik perfokart.
— Bez chamstwa, bo wyłączę na całą noc! — zagroziłem. I zanim podniosłem słuchawkę, z niepokojem zerknąłem na ebonitowe pudełko telefonu, na którym pod tarczą widniał długi szereg białych plastikowych przycisków. Chwała Bogu, drugi od prawej był wciśnięty, a to znaczyło, że mój nowiutki telefon odbiera rozmowy tylko od szefostwa — od A-Janusa i U-Janusa do Sawaofa Baalewicza.
Zresztą po co te domysły?
Priwałow, słucham — powiedziałem, podniósłszy słuchawkę. Użyłem właściwego tembru głosu — tak mówi człowiek poważny, pewny siebie, ale zmęczony. Pracownika o takim głosie nie można wysłać do patronackiej fermy warzywnej albo zażądać od niego kwartalnego sprawozdania na temat oszczędności energii elektrycznej, perfokart i papieru do maszyny.
