
— Co tam mamroczesz, Saszka?! — wrzasnął ktoś tak mocno, że na chwilę straciłem słuch. — …niejew mówi. Słyszysz?
— A… tak… — wykrztusiłem, odsunąwszy słuchawkę na odległość wyciągniętej ręki. — Gdzie jesteś? U J-jeana?
— W maszynowni! — jeszcze głośniej ryknął grubianin Korniejew. — Myj uszy! przez sekundę widziałem wynurzające się ze słuchawki wargi Witki.
— Zasuwaj do mnie! — zakończył rozmowę Korniejew.
W słuchawce rozległ się przerywany sygnał. Posłałem Ałdanowi smutne spojrzenie — maszyna przeładowała się i teraz testowała systemy. Strasznie chciałem popracować. Co ten Korniejew robi w maszynowni? I jak się dodzwonił? Zerknąłem na telefon, potem, w natchnieniu, na przewód.
Telefon był wyłączony z gniazdka. Przecież sam go wyłączyłem rano, żeby nie przeszkadzali pisać programu.
— No, Korniejew, ty zarazo… — oburzyłem się. — Zasuwaj do maszynowni…
Z mściwym zadowoleniem dmuchnąłem w mikrofon.
— Priwałow, proszę cię jak człowieka! — odpowiedziała słuchawka.
— Idę, idę — powiedziałem i podszedłem do Ałdana. Do wybryków Witki przywykłem już dawno, ale dlaczego tak uparcie uważa swoją pracę za ważną, a moją ma za nic?
Na monitorze Ałdana przelatywały seledynowe wiersze:
„Triggery… norma.
Przekaźnik… norma.
Lampy elektroniczne… norma.
Mikroschemat… norma.
Nieśmiertelna dusza… OK!
Test drukarki…”
Za drukarkę Ałdanowi służyła elektryczna maszyna do pisania, na oko zwyczajna, ale wyposażona w wirtualny zestaw czcionek. Dzięki tej małej modernizacji mogła drukować w siedemdziesięciu dziewięciu językach i w szesnastu kolorach, jak również malować wykresy i pezetki na taśmie. Teraz drukarka turkotała, drukując na papierze litery — od A do niewymawialnych samogłosek języka myong. W końcu wydrukowała: „Saszka, bądź człowie…”, po czym zamarła z uniesioną czcionką K.
