
Dolg zdawał sobie sprawę, iż przyszedł na świat z całkiem wyjątkowych powodów. Tata wytłumaczył mu, że życzyli sobie tego jego niewidzialni towarzysze.
Tylko że ta podróż, którą teraz Dolg odbywa, nie była przewidywana. Nieszczęście, jakie spadło na rodziców i wuja Erlinga, zaskoczyło wszystkich, również duchy. A więc zadanie, jakie teraz Dolg miał wypełnić, to jeszcze nie to, dla którego się urodził.
Miał nadzieję, że zdąży dorosnąć, zanim przyjdzie mu przejść przez najważniejszą próbę.
Szli przez cały dzień. Schodzili w dół z okolicy, w której wyroili, wciąż na wschód, a może trochę na północny wschód, Dolg nie bardzo to potrafił ocenić.
Zeszli na dół, w doliny, mijali nawet równiny, ale teraz teren znowu zaczynał się wznosić. Byli w kompletnie nie znanych stronach, Dolg nie miał pojęcia, gdzie się znajdują.
Młodsze rodzeństwo mu imponowało. Odkąd Taran przestała grymasić, zrobiła się całkiem znośna. Wydawało się, że teraz za wszelką cenę stara się wyglądać na małą, dzielnie znoszącą trudy i cierpiącą w milczeniu bohaterkę. Kolejna rola, ale akurat za tę Dolg był wdzięczny siostrze. Bowiem teraz ona i Villemann musieli się już czuć bardzo znużeni, tyle kilometrów przeszli na swoich krótkich dziecięcych nogach. Nawet Nero utracił zapał.
Znacznie później, gdy słońce opuściło już niebo, a cienie zaczynały się robić niebieskawe i zimne, Villemann szepnął:
– Dolg, zdaje mi się, że wchodzimy na jakieś bagna…
– Tak, ale przecież idziemy już cały dzień, więc…
Dolg zwrócił się do Cienia:
– Myślę, że moje małe rodzeństwo jest zmęczone.
– Nie jesteśmy żadne „małe rodzeństwo”! – syknął Villemann. – Jesteśmy po prostu rodzeństwo. Mamy prawie tyle samo lat co ty.
Ale Cień przystanął i dał znak, że tu zatrzymają się na odpoczynek. Taran natychmiast wyciągnęła się na ziemi i demonstrowała, jak bardzo jest utrudzona.
