
— Nie spodziewałem się, że spotkamy się w ten sposób — stwierdził Dirk. — Czemu tu przyszedłeś?
— To przypadek. Przed wielu laty Gwen powiedziała mi, że lubisz patrzeć na świt. Mówiła mi też inne rzeczy, Dirku t’Larien. Wiem o tobie znacznie więcej niż ty o mnie.
Dirk roześmiał się.
— To prawda. Do wczoraj nie wiedziałem nawet o twoim istnieniu.
Twarz Jaana Vikary’ego nagle spoważniała.
— Ale ja istnieję. Pamiętaj o tym, a będziemy mogli zostać przyjaciółmi. Miałem nadzieję, że będę mógł pomówić z tobą w cztery oczy i powiedzieć ci to, nim pozostali się obudzą. Nie jesteśmy na Avalonie, t’Larien, a dziś to nie wczoraj. To jest umierający świat festiwalu, świat bez kodeksu. Dlatego każdy z nas musi się sztywno trzymać kodeksów, jakie przynieśliśmy ze sobą. Nie poddawaj mojego próbie. Od czasu pobytu na Avalonie starałem się myśleć o sobie jako o Jaanie Vikarym, ale nadal jestem Kavalarem. Nie zmuszaj mnie, bym stał się Jaantonym Riv Wolfem high-Ironjade Vikarym.
Dirk wstał.
— Nie jestem pewien, co masz na myśli — zaczął — ale sądzę, że potrafię okazać ci serdeczność. Z pewnością nie mam nic przeciwko tobie, Jaan.
Wydawało się, że jego słowa usatysfakcjonowały Vikary’ego. Kavalar kiwnął z namysłem głową i sięgnął do kieszeni spodni.
— To symbol mojej przyjaźni i troski o ciebie — oznajmił. W dłoni trzymał czarną spinkę do kołnierza w kształcie maleńkiej manty. — Czy zechcesz ją nosić podczas pobytu tutaj?
