Dirk wziął ją w rękę.

— Jak sobie życzysz — odparł i uśmiechnął się, słysząc oficjalny ton Kavalara. Wpiął spinkę w kołnierz.

— Świt jest tu mroczny — stwierdził Vikary — a dzień niewiele lepszy. Zejdźmy do naszych pokojów. Obudzimy pozostałych, a potem coś zjemy.


Apartament, który Gwen dzieliła z dwoma Kavalarami, był ogromny. Nad salonem o wysokim suficie dominował kominek wysokości dwóch metrów i dwukrotnie większej szerokości. Umieszczono nad nim ciemnoszary gzyms, na którym przycupnęły łypiące spode łba maszkarony, pilnujące popiołów. Vikary poprowadził Dirka obok nich — przez wielki, czarny dywan — do niemal równie przestronnej jadalni. Dirk usiadł na drewnianym krześle o wysokim oparciu, jednym z dwunastu ustawionych wokół potężnego stołu. Jego gospodarz udał się po jedzenie i towarzystwo.

Wrócił po chwili, niosąc tacę wyłożoną cienkimi plasterkami brązowego mięsa oraz kosz z zimnymi bułeczkami. Postawił je przed Dirkiem, po czym odwrócił się i wyszedł.

Ledwie zdążył opuścić pokój, a otworzyły się drugie drzwi i do środka weszła uśmiechnięta, rozespana Gwen. Miała wyblakłe spodnie, bezkształtną zieloną koszulkę z długimi rękawami i starą przepaskę na głowie. Wewnątrz lewego rękawa Dirk dostrzegł błysk ciężkiej bransolety z nefrytu i srebra, mocno zaciśniętej na przedramieniu. Krok za Gwen podążał jakiś mężczyzna, niemal dorównujący wzrostem Vikary’emu, ale kilka lat od niego młodszy i znacznie szczuplejszy. Ubrany był w kombinezon z krótkimi rękawami, uszyty z brązowoczerwonej kameleonowej tkaniny. Skierował na przybysza spojrzenie intensywnie niebieskich oczu — Dirk nigdy w życiu nie widział takiej barwy — osadzonych w wychudłej kościstej twarzy porośniętej bujną, rudą brodą.

Gwen usiadła. Rudobrody mężczyzna zatrzymał się przed Dirkiem.



25 из 361