Zwał się on „Postrach Zapomnianych Wrogów” i leciał z Braque na Tarę, potem przez Welon na Wolfheim i Kimdiss, a wreszcie na Worlorn. Nawet z napędem nadświetlnym podróż ta trwała z górą trzy miesiące. Dirk wiedział, że zatrzymawszy się na Worlornie, statek poleci dalej, na Dumny Kavalaan, Emerel p.i., aż wreszcie na Ostatnie Gwiazdy. Potem wróci do punktu wyjścia tą samą, uciążliwą drogą.

Kosmoport mógł przyjmować dwadzieścia gwiazdolotów dziennie, ale lądował tu może jeden statek na miesiąc. Większość jego zabudowań była zamknięta, ciemna i opustoszała. „Postrach” wylądował pośrodku niewielkiej, czynnej jeszcze części kosmoportu, tuż obok grupki znacznie od niego mniejszych prywatnych statków oraz częściowo zdemontowanego toberskiego frachtowca.

Część ogromnego terminalu, zautomatyzowanego, lecz pozbawionego życia, była jeszcze oświetlona. Dirk przeszedł przez nią pośpiesznie i wyszedł w noc, pustą noc światów zewnętrznych, w której rozpaczliwie brakowało gwiazd. Czekali na niego, tuż za głównym wejściem, mniej więcej tak, jak się tego spodziewał. Kapitan „Postrachu” przesłał laserem wiadomość, gdy tylko gwiazdolot wrócił w normalną przestrzeń.

Gwen Delvano wyszła mu na spotkanie, tak jak ją o to prosił. Nie była jednak sama. Gdy opuścił terminal, stała pogrążona w cichej, ostrożnej rozmowie z towarzyszącym jej mężczyzną.

Dirk zatrzymał się tuż za drzwiami, uśmiechnął na tyle swobodnie, na ile tylko zdołał, i upuścił na ziemię jedyną, lekką torbę, jaką ze sobą miał.

— Hej — odezwał się cicho. — Podobno macie tu festiwal.

Odwróciła się na dźwięk jego głosu i parsknęła śmiechem, którego brzmienie tak dobrze pamiętał.

— Nie — zaprzeczyła. — Spóźniłeś się o jakieś dziesięć lat.

Dirk skrzywił się i potrząsnął głową.

— Cholera — mruknął.

Potem znowu się uśmiechnął. Podeszła do niego i objęli się. Mężczyzna, nieznajomy, przyglądał się temu bez śladu zażenowania.



8 из 361