— Ten wóz…

Stwierdza, że odruchowo pochyla się i zwraca do kierowcy o mocnym karku i wielkich uszach, przedziwnie kojarzących się z reprodukcjami zabytkowych naczyń reklamowanych na jednym z kanałów hotelowej telewizji.

— El coche — mówi kierowca bez maski, odwracając się, jakby dopiero teraz dostrzegł kuriera. Ten widzi, jak pokryty lustrami cadiiiac rozbłyska raz, na krótko — odbitym rubinem lasera nocnego klubu — i znika.

Kierowca patrzy z uwagą. Kurier każe mu wracać do hotelu.


Budzi się ze snu pełnego metalicznych głosów rozbrzmiewających w wyniosłych halach jakiegoś europejskiego lotniska, odległych postaci dostrzeżonych podczas odprawiania niemych rytuałów odlotu.

Ciemność. Syk klimatyzatora. Miękkość bawełnianej pościeli. Telefon pod poduszką. Odgłosy ulicznego ruchu stłumione przez wypełnione gazem okna. Opuszcza go całe napięcie i strach. Przypomina sobie o barze w atrium. Muzyka. Twarze. Ma poczucie wewnętrznego ukojenia, niezwykle rzadkiego stanu równowagi. Tylko tyle może zaznać spokoju.

Och, tak, okulary są tutaj, obok telefonu. Wyjmuje je i otwiera oprawkę, z przyjemnością obarczoną poczuciem winy, której nie może pozbyć się od Pragi. Kochają od blisko dziesięciu lat, chociaż nie myśli o tym w taki sposób. Jednak nigdy nie kupił innego software'u i czarna plastikowa oprawka straciła połysk. Numer na kasecie jest już nieczytelny, wytarty do białości dotykiem jego rąk. Tyle pokoi takich jak ten. Od dawna wolał cieszyć się nią w ciszy. Nie używał ryczących mokrosłuchawek. Nauczył się podkładać własny tekst, szepcząc do niej, pospieszając przez nieporadne nazwy i oblane światłem księżyca wyżyny czegoś, co nie jest Hollywood ani Rio, lecz jakąś nieostrą cyfrową ekstrapolacją obu.

Ona czeka na niego, zawsze, w białym domku przy drodze biegnącej kanionem. Świece. Wino. Czarna suknia z dżetami kontrastuje z idealnie białą skórą, udo opięte gładko i ściśle jak brzuch węża.



3 из 251