Teraz z obrzydzeniem patrzył na jedzenie.

– Pachnie środkami dezynfekującymi, jak wszystko zresztą w tym szpitalu. Co ja bym dał, żeby poczuć znowu kiedyś zapach prawdziwego, krowiego nawozu. A teraz… teraz nawet ty mnie opuszczasz.

Bonnie usiadła na brzegu łóżka. Nie miała już dzisiaj więcej pacjentów. Zaczynała pierwsze w swoim życiu wakacje, o których marzyła od dawna. Boże Narodzenie pełne śniegu.

– I tylko o tym myślisz – mówił Paddy.

Bonnie poklepała go po ramieniu.

– Pojęcia nie mam, jak mogłam się przywiązać do takiego upartego starego chłopa jak ty. A ciągle nam przecież mówili na studiach, że nie wolno się przywiązywać do pacjentów. Nie chcę cię zostawiać, ale…

– Ale nigdy jeszcze nie miałaś prawdziwych wakacji, właśnie skończyłaś staż i pierwszy raz w życiu masz czas. – Paddy wziął Bonnie za rękę. – Doskonale cię rozumiem. Nie ma tu w okolicy żadnego lekarza, który by pracował tak ciężko jak ty. A moi ludzie donieśli mi, że skończyłaś studia, zarabiając sama na siebie. Rano nauka, a wieczorem kelnerowanie. Zasłużyłaś sobie na wakacje. Chciałbym… chciałbym tylko dożyć chwili, gdy wrócisz, żebyś mi mogła o wszystkim opowiedzieć. Zapadła cisza. Obydwoje wiedzieli, że nie można było robić żadnych planów, zważywszy na stale pogarszający się stan Paddy'ego. Na myśl o tym Bonnie ścisnęło się serce. Gdyby go odwiedzali jacyś ludzie! Gdyby go ktokolwiek odwiedzał…

– Czas już na ciebie – burknął, zgadując jej myśli. – Nie należę przecież do twojej rodziny, a przed tobą wymarzone wakacje. Przyślij mi kartkę z podróży i nie myślmy już o tym.

– Dziękuję ci, Paddy – szepnęła i nachyliła się, by ucałować jego zapadłe policzki.

– Gdybym miał te trzydzieści lat mniej… – mruknął pod nosem.

Bonnie uśmiechnęła się i potrząsnęła głową. Nie sądziła, by mogła się podobać mężczyznom.

Bonnie to takie niepozorne stworzenie…



2 из 107