
Mimo że minęło już tyle lat, słyszała jeszcze głos ciotki, która nigdy nie omieszkała powiedzieć gościom, że wysmukła dziewczynka o wielkich błękitnych oczach i naburmuszonej buzi to jej ukochana Jacinta, a Bonnie, maleńka Bonnie o kasztanowych włosach, zielonych oczach i z perkatym, a w dodatku piegowatym noskiem, została zaadoptowana przez ciotkę i wuja, gdy jej rodzice zginęli.
– Bonnie jest taka jak trzeba – odpowiadał zawsze wuj Henry, ale ciotka i kuzynka spoglądały na Bonnie z politowaniem i niczego nie można im było wyperswadować.
Raz tylko wydawało się Bonnie, że jest ładna. Raz tylko, gdy miała dwadzieścia jeden lat i wyraziła zgodę na jedyną, jak dotąd, propozycję małżeństwa…
Dawno już porozdawała wieczorowe sukienki i modne stroje, które kupowała za namową Craiga. Ubierała się teraz i będzie się zawsze ubierać praktycznie. Craig mówił jej, że jest piękna, ale Craig kłamał…
Siostra dyżurna rozchyliła w tej chwili zasłony i wsunęła głowę.
– Pani doktor, w recepcji czeka na panią doktor Webb Halford. Mówi, że musi rozmawiać właśnie z panią. Bardzo się spieszy i twierdzi, że to pilna sprawa.
Nie było wyjścia, Bonnie musiała iść. Nachyliła się i ucałowała Paddy'ego po raz ostatni.
– Do widzenia, Paddy – szepnęła. – Trzymaj się. Niech Bóg cię ma w swojej opiece.
Nie zobaczy go już więcej. Odwróciła się i wyszła szybko z pokoju, żeby ani Paddy, ani siostra nie zauważyli łez, które napłynęły jej do oczu.
Któż to jest ten doktor Halford? Nic jej nie przychodziło do głowy. Szła szybko korytarzem, spoglądając niecierpliwie na zegarek. Nic jeszcze nie jadła i nie zaczęła się nawet pakować. A tyle ma do zrobienia…
W recepcji zobaczyła nieznajomego człowieka, który stał, przeglądając jakiś tygodnik. Recepcjonistka wskazała na niego ręką. Nieznajomy miał na sobie spodnie i kurtkę. Szpitalni konsultanci nosili zwykle garnitury. Wyglądał przy tym dużo młodziej od nich, przekroczył chyba dopiero trzydziestkę.
