
– O, dziękuję… – wyszeptała. Nachyliła się do przodu i dotknęła krowy, jakby się chciała upewnić, że to nie sen. – Dziękuję.
Webb nie odrywał wzroku od kobiety, która się przy nim znalazła. Bonnie czuła na policzku grudkę błota. Chciała ją wytrzeć wierzchem dłoni, ale błoto się tylko rozmazało.
– Dobrze by było przenieść ją na łąkę koło domu, zanim się obudzi – odezwał się w końcu. – Wolałbym, żeby leżała na płaskim.
Bonnie kiwnęła głową.
– Jeżeli… jeżeli zechce pan jeszcze pomóc…
– Zechcę jeszcze pomóc – potwierdził, a powiedział to tak miękko, że Bonnie się zaczerwieniła.
Po piętnastu minutach było po wszystkim. Bonnie podjechała motocyklem do szopy i doczepiła do niego niską przyczepę. Wuj robił to przy niej wiele razy. Z tyłu zawieszona była gumowa mata, na tyle gruba, że mogła służyć za rampę. Wsunęli razem matę pod śpiącą ciągle krowę, przywiązali ją i wciągnęli do przyczepy. A potem zawieźli ją na bujną łąkę przy domu, gdzie po obudzeniu mogła się bezpiecznie paść, nie niepokojona przez inne krowy.
– Chodźmy. – Webb pociągnął Bonnie za sobą. – Niech sobie leży, dopóki ma ochotę. – Wziął ją za rękę i wyszli pospiesznie za bramę.
Dotyk ręki Webba sprawiał, że z Bonnie zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Pozwoliła mu trzymać swą rękę, bo nie chciała okazać mu niechęci wyrywając się.
Nie chciała wyrywać ręki…
Było to przedziwne uczucie. Świadomość, że ktoś sprawuje nad nią opiekę – było to coś zupełnie nowego i niezwykłego. Ciepło jego ręki przepełniło ją całą i odważyła się w końcu na niego spojrzeć. Zmieszała się, gdy napotkała jego oczy, w których dostrzegła iskierki śmiechu.
– Czy pani doktor wie, że ma na nosie błoto? – zapytał z udaną powagą, a Bonnie odpowiedziała mu nieśmiałym uśmiechem.
– Właśnie czuję, że jestem cała w błocie. Ciekawe, co by powiedziała siostra z sali operacyjnej, gdyby mnie teraz zobaczyła…
