
— Uważamy, że to, co robicie, jest wspaniałe — odezwała się pani Washburn. Przesunęła worek golfowy męża i buty w taki sposób, żeby Vivien mogła zmieścić w bagażniku wszystkie plansze, nie musząc ich zginać. — Właśnie dzisiaj rano mówiłam Bradowi, że to, czego dokonałyście w Hyde Parku, jest naprawdę fantastyczne.
Samochód był duży i wygodny. Beatrice zajmowała miejsce z przodu obok pani Washburn. Vivien siedziała sama z tyłu.
— No cóż — powiedziała pani Washburn, kiedy odjeżdżały sprzed dworca kolejowego w Esher. — Czy miałyście spokojną podróż?
— Owszem, podróż minęła nam spokojnie — odrzekła uprzejmie Vivien. — Nie było wcale tłoku.
— Ostatnio prawie nigdy nie ma — stwierdziła pani Washburn. — Brad się martwi, że liczba pociągów znów zmaleje, jako że kolej przynosi straty i tak dalej, i tak dalej. Zostaniemy praktycznie odcięci od reszty świata.
Kiedy Beatrice i pani Washburn zajęły się omawianiem szczegółów planowanego zebrania, Vivien wyjrzała przez okno. Wytworne przedmieścia Esher sprawiały wrażenie, jak gdyby panująca recesja, najgorsza, jaką pamiętali ludzie, nie wywarła na nich dużego wpływu. Tylko bardzo spostrzegawcze oko mogłoby dostrzec, że ogrody nie były już tak wypielę gnowane jak kiedyś, a drzewa tak porządnie przycięte. Także większość samochodów wyglądała na znacznie starsze niż jeszcze przed dziesięciu laty. Tu i ówdzie na trawnikach przed okazałymi rezydencjami widniały tablice informujące, że ich właściciele wystawili je na sprzedaż.
Skręcili na długi podjazd i minęli garaż, w którym mogły zmieścić się trzy samochody.
— Najważniejszym problemem, który ostatnio nurtuje wszystkich — bo tak wiele słyszy się o tym w telewizji — jest nasze bezpieczeństwo — mówiła pani Washburn.
