
— Jestem pewna, że społeczność Esher zbierze w końcu te pieniądze — oświadczyła Vivien swojej towarzyszce, kiedy obie jechały pociągiem do Wimbledonu. — A chcesz wiedzieć dlaczego? Nie z powodu twojej sprytnej mowy czy modlitwy, choć dokładnie przemyślałaś sobie i jedno, i drugie, żeby skłonić te kobiety do szybszego otwarcia portmonetek…
— W przemówieniu wyrażałam to, co naprawdę czuję — przerwała jej Beatrice, stawiając na stoliku przed sobą otwartą puszkę z coca-colą. — Chyba nie sugerujesz, iż mogłabym celowo…
— Oczywiście, że nie, B — zapewniła ją Vivien. — Dobrze wiem, może lepiej niż ktokolwiek inny, że to, co słyszały i widziały kobiety z Esher, stanowiło szczere wyznanie twojej wiary… I to właśnie zdumiewa mnie najbardziej. Jakoś nie widzę siebie na twoim miejscu. Wybuchnęłabym gromkim śmiechem ubawiona własną hipokryzją. Ty jednak naprawdę wierzysz w te wszystkie bzdury.
— A ty nie? — zapytała ją Beatrice. — Wiedząc, że masz tylko dziesięć dni na podjęcie decyzji, czy chcesz złożyć ślubowanie?
— Och, ja także w to wierzę — odparła niedbale Vivien. — Ale na swój własny sposób… Przypuszczam, że w głębi duszy tkwi we mnie niepoprawny cynik. — Przerwała na chwilę, o czymś rozmyślając, a potem ciągnęła: — Wierzę w to, że zakon świętego Michała robi dla ludzi więcej niż to możliwe.
— Na razie wystarczy mi to za wyznanie twojej wiary — rzekła Beatrice. — Prawdę mówiąc, chciałaś mi powiedzieć o czymś innym…
— Tak — przyznała Vivien. — O paniach z Esher… Tym, co wywarło na nich największe wrażenie, była twoja odpowiedź na uwagi pani Blake. Widać to było w ich oczach. Byłaś cicha i pełna miłości, ale równocześnie stanowcza.
