
— Co słychać, bracie Bryanie? — zapytała Beatrice.
— Nie najgorzej. Po tamtej awanturze noc upłynęła nam spokojnie. Wręczył jej dwa arkusze wydruków komputerowych.
— Stan tego chłopaka z Pakistanu nie uległ żadnym zmianom — powiedział. — Ostrze noża dotarło dość głęboko i rozcięło mu jelita. Przetransportowaliśmy go do szpitala miejskiego zaraz po tym, jak udało się nam zatrzymać krwotok.
— A ten drugi? — zapytała Beatrice.
— Nic poważnego — odparł brat Bryan. — Zwykłe w takich wypadkach otarcia naskórka i kontuzje. — Roześmiał się słysząc swój medyczny żargon. — Skaleczenia i siniaki. Zatrzymaliśmy go na noc na obserwację.
Siostra Beatrice przeczytała szybko oba wydruki, a potem znów spojrzała na lekarza.
— Żadnych nowych przypadków gruźlicy? — zainteresowała się.
— Nie — odrzekł brat Bryan. — To już dziewiąty dzień z rzędu… Cały czas trzymamy kciuki. Wygląda na to, że w końcu akcja prześwietleń, które zarządziłaś, zaczyna przynosić oczekiwane rezultaty.
Za cenę usunięcia z miasteczka ponad stu pięćdziesięciu mieszkańców — pomyślała ponuro Beatrice. — Większość z nich nawet nie miała wyraźnych objawów.
— Epidemia w samym mieście nie ustępuje — powiedziała. — Przed dwoma dniami odbyliśmy kolejną rozmowę z radą lekarzy Londynu. Normalne leki nie zwalczą tej odmiany wirusa. Sytuację pogarszają jeszcze wilgoć i zimno. Trzeba będzie w dalszym ciągu poddawać kwarantannie wszystkich nowych mieszkańców, do czasu aż potwierdzą się wyniki ich dokładnych badań.
Beatrice pożegnała się z lekarzem i poszła długim korytarzem do oddziału dziecięcego. Otworzyła cicho drzwi. W wielkiej sali panowała ciemność. Po obu stronach wiodącego środkiem sali przejścia stały dziesiątki dziecinnych łóżek.
Uśmiechnęła się, kiedy usłyszała w ciemnościach głos dziewczynki wymawiającej szeptem jej imię.
