
— Dzisiaj znów obudziłaś się za wcześnie, Elise — powiedziała ujmując dziewięciolatkę za rękę. Dziewczynka także się uśmiechnęła.
— Czekałam na ciebie, siostro Beatrice — odparła. — Chcę, żebyś mi coś powiedziała.
— Co takiego?
— Jesteś pewna, że po ustąpieniu ospy wietrznej moja twarz będzie taka sama jak poprzednio?
— Oczywiście, Elise — odpowiedziała zakonnica. — Ja też, kiedy miałam pięć lat, byłam ciężko chora na ospę wietrzną. Całą twarz miałam w krostach… Popatrz teraz.
Skierowała światło kieszonkowej latarki na swoją twarz.
— W porządku. Chyba mogę ci wierzyć — odezwała się dziewczynka, a potem uniosła się na łóżku i ją uściskała. — Jeszcze jedna sprawa — powiedziała po chwili, kiedy zakonnica odwracała się, żeby odejść. — Czy będziesz dziś wieczorem śpiewała na nieszporach?
— Tak — odparła Beatrice po krótkiej chwili zastanowienia.
— Do licha — stwierdziła Elise, kręcąc głową — znów nie będę mogła cię usłyszeć. Zamierzają wypuścić mnie stąd dopiero jutro.
Po wyjściu ze szpitala siostra Beatrice ruszyła na południowy wschód wzdłuż ogrodzenia obok Broad Walk. Po drugiej stronie płotu, w części parku najbliższej Mayfair, kilkoro ludzi gimnastykowało się na ścieżce zwanej Lover's Walk. Przebywali na terenie jednej z tych części Hyde Parku, która była wciąż dostępna dla mieszkańców Londynu.
Gdy znalazła się na Serpentine Road, popatrzyła na zegarek i przyspieszyła kroku. Po chwili wkroczyła w obłok mgły wiszącej nad ziemią. Beatrice lubiła patrzeć, w jaki sposób tajemnicza cicha biel porannej mgły przemieniała Hyde Park w obce miejsce, w którym drzewa i posągi pojawiały się i znikały jak duchy, kiedy przechodziła obok nich.
Nieco po prawej stronie, tuż przy dolnych gałęziach dużego drzewa, zamajaczył dziwny geometryczny kształt. Wyglądał jak świecący pierścień i z tej odległości przypominał gigantyczny obwarzanek. Znajdujący się pośrodku twór miał rozmiary dorosłego człowieka.
