I z tego, co wiem, może być równie moralnie zła i niszcząca jak „Aelita”. Bowiem to, co opisuję w niej jako wspaniałe i atrakcyjne, w rzeczywistości może stać się straszne i degenerujące. Pomysły z tej książki, jeśli znajdą sobie drogę do codzienności politycznej i ekonomicznej rzeczywistości, mogą mieć konsekwencje obrzydliwe i przerażające. Niestety, konsekwencji nie sposób określić z góry. Opisać mogę tylko to, co sobie wyobrażam. Przelewam wyobraźnię na papier. A potem patrzę, co się dzieje.

Obserwowałem kiedyś „Aelitę królową Marsa” w towarzystwie Polaków. Rozmawiałem z Polakami o bolszewizmie, nowym radzieckim człowieku i wyglądającej niegdyś tak wspaniale historyczno-deterministycznej drodze do postępowej przyszłości. Wypiliśmy przy okazji sporo doskonałej polskiej śliwowicy, sądzę więc, że wszyscy byliśmy szczerzy. To doświadczenie czegoś mnie nauczyło. Nie jestem już taki naiwny.

Bycie awangardowym artystą, cierpiącym na obsesję techniki, może prowadzić do dziwnych i tragicznych skutków. O wiele łatwiej jest wywołać lawinę niż ją zatrzymać. Lawina wywołana w 1917 roku skończyła się dopiero w 1989. To przede wszystkim Polacy odkopywali zasypanych i dawali im sztuczne oddychanie. Byli pierwszymi spośród obywateli państw Paktu Warszawskiego, którym wystarczyło odwagi, by wyjść na ulicę i siły, by z niej nie zejść przez wiele mrocznych lat. W ten sposób odzyskali władzę w swej ojczyźnie. A, co najważniejsze, Polacy nie zmasakrowali przy okazji tysięcy ludzi i nie zesłali nikogo do obozu pracy.

Gratulacje. Było to z pewnością wielkie narodowe osiągnięcie, ale w przyszłości raczej unikajmy takich sytuacji, dobrze? Chcę, byście wiedzieli, że dzięki temu waszemu narodowemu doświadczeniu nieco lepiej orientuję się teraz, co to znaczy myśleć i działać jak wspaniały, rewolucyjny rosyjski konstruktywista.



4 из 376