
Sporą część tej książki napisałem podczas podróży po Europie. Pisałem ją także w waszym kraju, w Lublinie, gdzie brałem udział w ogólnopolskim zjeździe miłośników fantastyki naukowej.
Właśnie w Lublinie miałem niezapomnianą przyjemność obejrzeć jedno z mych ulubionych dzieł sf — film „Aelita królowa Marsa”. Oglądałem to dzieło rosyjskiej fantastyki siedząc pośrodku wypełnionego przez Polaków kina. Reakcje widzów okazały się dla mnie rewelacją. Bardzo jasno uświadomiłem sobie, że w odróżnieniu ode mnie, Polacy aż za dobrze zdają sobie sprawę z tego, czym dzieło to jest w rzeczywistości.
„Aelita” to wspaniały film, to być może nawet wielki film. „Aelitę” stworzyli rosyjscy konstruktywiści, grupa rewolucyjnych, awangardowych artystów, fanatycznie oddanych idei postępu technicznego. Scenografia jest piękna. Akcja porusza wyobraźnię. Kostiumy… piękno kostiumów po prostu nie mieści się w głowie! „Aelita” ma wszystkie zalety doskonałej fantastyki naukowej… z tym wyjątkiem, że sprzedaje straszliwą politykę, a jej przesłanie skalkulowane zostało na coś, co pogrążyło ludzi w stanie niemal niekończącego się nieszczęścia. Ten film nie jest już dla mnie abstrakcyjnym kuriozum. Nauczyłem się z tego doświadczenia.
Teraz macie przed sobą „Święty płomień”. Teraz wy, Polacy, stoicie wobec dzieła wywodzącego się z ducha innej grupy artystycznych fanatyków, obywateli innej superpotęgi — amerykańskich „cyberpunkowców”. Jestem amerykańskim „cyberpunkowcem” i uznaję rosyjskich konstruktywistów za ludzi, którzy pod wieloma względami byli moimi duchowymi ojcami. Moja powieść nie dorównuje, być może, „Aelicie” jako dzieło sztuki, ma jednak z tym filmem wiele wspólnego. Mówi o przekroczeniu granicy historii i zniszczeniu natury ludzkiej. Mówi o radykalnych kierunkach w sztuce. Mówi także o fotografii, pierwszym gatunku sztuki, którego medium jest całkowicie mechaniczne, i o wirtualności, cyfrowym dziecku kina. Być może zauważycie też, że sporo uwagi poświęca scenografii i kostiumom.
