
Otworzył bramę i wjechał na nierówny asfalt od dawna zaniedbanego podjazdu. Srebrzyste wody jeziora uwodzicielsko migały zza drzew. Jakże kiedyś kochał to miejsce.
Nostalgia ścisnęła mu serce, gdy mijał ostatni zakręt i zobaczył zbudowany na nieregularnym planie stary dwupiętrowy dom myśliwski, niczym gniazdo pośród kępki dębów i jodeł osadzony ponad wodami jeziora.
Dom. Miejsce triumfu i bólu.
Kupił tę rozległą, porośniętą drzewami posiadłość dla Dominique w nadziei, że ona pokocha ją tak samo jak on. Od chwili gdy zobaczyła te dzikie lasy i odludne przestrzenie, znienawidziła wszystko, co było związane z tym domem. Oceniającym spojrzeniem zmierzyła stromy dach, mahoniowe i dębowe ściany, podłogi z desek, pochylony sufit. Dotknęła drewnianej balustrady z ręcznie rzeźbionymi słupkami, ozdobionymi figurkami zwierząt Północnego Zachodu, i tylko skrzywiła nos, jak gdyby nagle poczuła jakiś odór.
– I kupiłeś to dla mnie? – spytała tonem pełnym niedowierzania i rozczarowania. Jej głos odbił się echem po przepaścistym holu. – Tę… tę potworność?
Miranda, która dopiero co skończyła cztery lata, a już była wierną kopią matki, z miną pełną przerażenia rozejrzała się po domu, jakby się spodziewała, że z każdego zakamarka mogą w każdej chwili wyskoczyć wszelkiego rodzaju duchy, chochliki i potwory.
– Przypuszczam, że to coś – Dominique wskazała długim palcem łososia wyrzeźbionego na najniższym słupku – to ma być dzieło sztuki?
– Tak.
– Dlaczego, Benedict? Na litość boską, co cię skłoniło do tego zakupu?
Wówczas po raz pierwszy ogarnęło go przeczucie czegoś strasznego. Rozłożył ręce.
