
Ledwie przekroczył próg, sparaliżowało go zatęchłe powietrze, wieloletni kurz i wszechogarniające poczucie straconych marzeń. Po raz pierwszy od chwili, kiedy zdecydował się na tę misję, ogarnęły go wątpliwości. Może powrót do tego miasteczka to był zły pomysł? Może facet, który wymyślił powiedzenie: „nie wywołuj wilka z lasu”, wiedział więcej o życiu niż Kane?
Nie jest dobrze. Przeszedł ponad przewróconym stolikiem do kawy. Już nie było odwrotu. Rzucił worek podróżny i śpiwór na zniszczoną składaną kanapę w rogu – niegdyś różową, a teraz w nieokreślonym, burym kolorze. Na spróchniałych ramach okiennych kruszyła się farba. W rogach szyb tkwiły resztki pajęczych posiłków – zasuszone ciała owadów. Pod sufitem, w miejscu gdzie wykruszyły się dachówki, luźno zwisało gniazdo os. Ściany z sękatej sosny były pokryte pleśnią, a woń stęchlizny unosiła się w pomieszczeniu niczym cień cuchnącej przeszłości.
Przez te wszystkie lata obozował w jeszcze gorszych miejscach niż to, nocował w ruderach Bliskiego Wschodu i Bośni, przy których ta stara chata wyglądała jak pałac. Jednak żadnej z tych okropnych nor nie nazywał domem. Tylko to miejsce obnażało jego krwawiącą duszę – ta waląca się chałupa, gdzie potykał się o buty matki z przetartymi podeszwami, w których wydeptała tyle kilometrów pomiędzy ladą baru Westwind i grillem.
– Uważaj na siebie, synku – powiedziała, delikatnie głaszcząc go po ramieniu i wykrzywiając twarz w smutnym uśmiechu. – Wrócę późno, więc zamknij drzwi na klucz. Tatuś niedługo do ciebie przyjdzie.
Kłamała. Jak zawsze. Ale nigdy się nie dopytywał o prawdę. Musnęła go ustami w policzek. Alice Moran zawsze pachniała różami i dymem, mieszanką tanich perfum i okazyjnie kupionych papierosów. Od lat górna szuflada jej komody wypełniona była kuponami wyciętymi z tylnej strony pudełek po papierosach. Wciąż je zbierała, aby móc wreszcie kupić coś specjalnego, coś więcej niż tylko artykuły pierwszej potrzeby. Większość swoich gwiazdkowych i urodzinowych prezentów Kane zawdzięczał nałogowi nikotynowemu matki.
