
– Już dobrze. Więcej ci nie będą dokuczały. Chodź. – Poprowadziła Samanthę z powrotem do domu. Sean prawdopodobnie miał rację, przeprowadzka nie rozwiąże ich problemów. Nie mogą uciec. Już kiedyś, dawno temu, próbowała to zrobić, jednak wszystko wskazywało na to, że przeszłość do końca życia będzie jej deptać po piętach, odbierając wszelki spokój.
I w końcu ją dopadła. Nie powiedziała Samancie ani Seanowi, że jest jeszcze inny powód tego, że znów przeprowadzają się do Oregonu. Jej ojciec, bogaty człowiek, który przywykł, że wszyscy wykonują jego rozkazy, zadzwonił w zeszłym tygodniu i zażądał, żeby wróciła nad jezioro Arrowhead, do miejsc, które przywołały tak wiele koszmarów, że trudno było je zliczyć.
Protestowała, ale Dutch nie brał pod uwagę odmowy. Nie miała wyjścia, musiała się zgodzić. Ojciec wiedział o jej problemach z Paulem i obiecał pomóc jej zmienić miejsce zamieszkania, porozmawiać z lokalnymi władzami i załatwić pracę w szkole. Pozwoli jej zamieszkać w dużym domu, w którym się wychowywała i za który nie będzie musiała płacić czynszu.
Byłaby głupia, gdyby się nie zgodziła. Jednak zaniepokoiło ją coś jeszcze: nuta smutku w jego głosie, która tak zwracała uwagę, że włączyły się wszystkie alarmy w jej głowie.
Dutch zasugerował, że wie coś na temat przeszłości – nie wszystko, ale wystarczająco dużo, żeby postawić ją przed koniecznością wyjawienia tego, co wydarzyło się szesnaście lat temu. Więc zgodziła się na spotkanie, choć na samą myśl nim robiło jej się niedobrze.
– Nie martw się – uspokajała córkę. – Wszystko jakoś się ułoży.
– To niemożliwe – odburknęła Samantha. Masz całkowitą rację, kochanie.
– Jeśli się samo nie ułoży, to my wszystko ułożymy. Zobaczysz. – Jednak już w chwili, kiedy wypowiadała te słowa, wiedziała, że to kłamstwo. Same kłamstwa.
Tessa włączyła radio. Ciepły, letni wiaterek owiewał jej włosy, a mustang kabriolet mknął poprzez wzgórza Siskyou blisko granicy Oregonu.
