
Po plecach przebiegł jej zimny dreszcz.
– Sukinsyn – mruknęła, gdy radio zaczęło trzeszczeć i piszczeć.
Przełączała kolejno stacje i wciąż słyszała tylko brzęczenie. Kaniony były strome, stacje odległe. Nie miała wyboru, musiała słuchać swoich starych, wysłużonych kaset. Przejrzała nagrania leżące w otwartej skrzynce i zdecydowała się na Janis Joplin. Ta kobieta od lat nie żyje, odeszła z tego świata – nieważne, czy do nieba, czy przeciwnie – na długo przedtem zanim Tessa w ogóle zaczęła interesować się jakąkolwiek muzyką. Jednak ostry rock i ponury, silny, ochrypły głos Joplin głęboko poruszył czułą strunę Tessy. Janis śpiewała tak, jak gdyby wiedziała, co to ból – taka prawdziwa, przeszywająca do szpiku kości agonia, jaką Tessa przeżywała na co dzień.
Muzyka otwierała stare rany.
Tessa pociągnęła potężnie z butelki i sięgnęła do torebki z frędzlami po paczkę papierosów.
Take a, Take another little piece of my heart now, darlin’ Brake a, Brake another…[Weź sobie jeszcze trochę mojego serca, kochanie. Złam jeszcze trochę…]
Właśnie, pomyślała. Złam kolejny kawałek mojego serca. Czyż nie to robili wszyscy mężczyźni jej życia? Wcisnęła do ust papierosa i sięgnęła po zapalniczkę.
