
– Znów tu był – poinformowała Louise, wychylając głowę za drzwi malutkiego biura Mirandy.
Miranda ścierpła.
– Kto? – Ale znała odpowiedź.
– Ten sam typ, który cię nachodzi od trzech tygodni. – Louise weszła do środka, poprawiła wiszący w ramce na ścianie dyplom ukończenia studiów Mirandy, który przekrzywił się jak zwykle, i oparła się o szafę na dokumenty, która stała w rogu pokoju. Murzynka o gładkiej cerze, migdałowych oczach i bystrym umyśle przez ostatnie cztery lata pracowała jako sekretarka w prokuraturze okręgowej w Multnomah. Oczy Louise pociemniały z zatroskania.
Miranda przez całe popołudnie nie postawiła stopy w swoim ciasnym biurze. Przed południem wstąpiła tylko na chwilę, żeby zabrać jakieś dokumenty. Przez większą część dnia rozmawiała z lekarzem sądowym i udzielała Denisowi Santiago instrukcji, jak prowadzić sprawę o morderstwo.
– Kim jest ten typ? – zastanawiała się teraz na głos, pakując stos odręcznych notatek do aktówki. Zerknęła na zdjęcie, które stało na biurku – ulubione zdjęcie migawkowe obu sióstr i jej samej. Pochodziło sprzed wielu lat, kiedy była niewinną piętnastolatką. Trzy siostry u progu okresu dojrzewania obejmują się ramionami, stoją wysoko ponad wzburzonymi szarymi wodami Pacyfiku, na klifie, po którym hula wiatr. Buzie miały rumiane, uśmiechy szczere, a dusze tak wolne jak wicher, który rozwiewał im włosy i na ich oczach wymiatał plaże. Wiek temu. Wiek naiwności, której nie da się wskrzesić. Zatrzasnęła walizeczkę.
– Wiele bym dała, żeby się dowiedzieć, co to za jeden. Louise wzruszyła ramionami.
– Nie mam zielonego pojęcia. Ale mam przeczucie, że nikt życzliwy.
– Na litość boską! To jest biuro prokuratora! Niedaleko jest posterunek policji. Wokół tuziny glin. Jak on się tu dostał?
– Jak wszyscy, frontowymi drzwiami. No wiesz, problem tkwi w tym, że budynki użyteczności publicznej są opłacane dolarami podatnika i dlatego wolno tu wejść każdemu idiocie. – Louise skrzyżowała ręce na bujnych piersiach. – Pertillo, podobnie jak ja, nie cierpi typa, który tu węszy. Kazał mi natychmiast do siebie zadzwonić, kiedy ten tajemniczy gość znowu się tu pojawi.
