
Kane pamiętał dzień, kiedy odeszła matka.
– Wrócę – obiecała. Łzy spływały jej po policzkach. Uścisnęła syna tak mocno, jakby wiedziała, że nigdy więcej go nie zobaczy. – Wrócę, żeby cię od niego zabrać.
Ojciec chrapał po obficie zakrapianej nocy.
Kane nawet nie uniósł ramion, aby odwzajemnić uścisk, ani nie pomachał na pożegnanie. Kiedy matka wsiadała do długiej czarnej limuzyny, w której siedział ponury kierowca, wpatrywał się w nią, spojrzeniem potępiając za porzucenie i zdradę.
– Wrócę, kochanie, obiecuję.
Ale nie wróciła. Jej kłamstwo było jedynie kolejnym ogniwem zardzewiałego łańcucha niespełnionych obietnic, które składały się na życie Kane’a. Nigdy więcej jej nie zobaczył. Nigdy nie zadał sobie trudu, żeby się dowiedzieć, co się z nią stało. Aż do tej chwili.
I prawda ukłuła jak żądło. Ugryzła jak wściekła suka.
Nie potrzebował szklanki, po prostu otworzył butelkę i pociągnął z niej potężnie. Potem wytarł rękawem płaszcza wyszczerbiony blat ze sztucznego marmuru, podłączył komputer i usiadł na stole o metalowych nogach, przy którym zjadł większość posiłków w ciągu pierwszych dwudziestu lat życia. Najwyraźniej dostawca prądu już naprawił stare kable i podłączył prąd, bo ekran zamigotał i laptop zabrzęczał, sygnalizując gotowość do działania.
Szybko otworzył aktówkę, wyciągnął teczkę pełną notatek, wycinków z gazet i zdjęć rodziny Hollandów. Rozłożył fotografie jak karty do gry z mocno podniszczonej talii. Pierwszą odkrytą kartą był król karo – stary Dutch Holland, patriarcha rodu i pretendent do tronu gubernatora stanu, który uważał się za prostego człowieka z ludu, ale Kane wiedział, że Dutch był tak pokręcony jak węzeł marynarski.
