Naprzeciw ogniska, z długą glinianą fajką w zębach stał sam gospodarz, szanowny pan Jellyband, właściciel "Odpoczynku Rybaka", jak jego ojciec, dziad i pradziad. Wysoki, dobroduszny, już trochę łysawy, był w rzeczy samej typem wiejskiego Johna Bulla owych czasów, kiedy dla każdego Anglika, czy był lordem, chłopem, mieszczaninem, cały kontynent Europy był otchłanią zepsucia, a reszta świata krajem dzikich i ludożerców.

Nasz zacny gospodarz zatem, ćmiąc długą fajkę, nie troszczył się o nikogo, lekceważąc sobie wszystkich z drugiej strony kanału. Miał na sobie typową czerwoną kurtkę ze lśniącymi, mosiężnymi guzikami, aksamitne spodnie, popielate pończochy i zgrabne buciki z klamerkami -zwykły ówczesny strój każdego szanującego się właściciela zajazdu w Wielkiej Brytanii. I kiedy na barkach ładnej Sally, która po śmierci matki objęła gospodarstwo, spoczywał cały ciężar pracy, pan Jellyband rozprawiał o polityce ze swymi wybranymi gośćmi.

Kawiarnia oświetlona dwoma jasnymi lampami, zwieszającymi się od powały, wyglądała nader wesoło i przytulnie. Spośród gęstych kłębów dymu widniały czerwone twarze gości pana Jellybanda, zadowolone, roześmiane, w zgodzie ze sobą, gospodarzem i całym światem. Ze wszystkich stron pokoju głośne objawy wesołości wtórowały ożywionym, choć niezbyt wzniosłym rozmowom, a bezustanny śmiech Sally świadczył, że nie nudziła się w towarzystwie Harry Waite'a.

Kawiarnię pana Jellybanda zaszczycali obecnością przeważnie rybacy, szczególnie cierpiący na pragnienie, gdyż sól, którą wdychają na morzu, wysusza im gardło. Ale "Odpoczynek Rybaka" był jeszcze czymś więcej, niż zajazdem dla ludzi prostego stanu. Niemal co dzień stawały przed jego bramą londyńskie pojazdy, a także podróżni, którzy wracali z kontynentu, zatrzymywali się u gościnnego pana Jellybanda i zapoznawali się z jego sławnymi francuskimi winami i wybornym domowym piwem.



10 из 214