
– Masz rację – odparł Jellyband – ale nie można, jak mówię, czego innego się spodziewać. Ci wszyscy francuscy szatani z drugiej strony kanału mordują swego króla, szlachtę, a panowie Pitt, Fox i Burke kłócą się między sobą i namyślają, czy my, Anglicy, mamy na to pozwolić, czy nie? Niech się mordują wzajemnie, mówi pan Pitt. Nie pozwolić im, mówi pan Burke…
– A ja mówię, niech się mordują ile chcą i niech ich diabli wezmą – odrzekł Hempseed wyniośle. Nie przywiązywał bowiem żadnej wagi do politycznych poglądów swego przyjaciela Jellybanda, który zawsze zbaczał z toku rozmowy i nie dorastał do tego, aby roztaczano przed nim skarby wiedzy tak powszechnie cenionej.
– Niech się mordują -powtórzył – byleby nie było takiego deszczu we wrześniu. To sprzeciwia się wszelkim prawom, a Pismo Święte mówi…
– Przestań, panie Harry! Umrę chyba ze śmiechu! – krzyknęła Sally właśnie w chwili, gdy pan Hempseed zamierzał wygłosić jedną z ulubionych cytat z Pisma Świętego.
Okrzyk ten wywołał wybuch ojcowskiego gniewu.
– Cóż to znowu, Sally? – rzekł Jellyband, marszcząc groźnie brwi. – Zaprzestań tych głupich żartów z młokosami i idź do roboty.
– Ależ, ojcze! Robota, zawsze ta robota…
Pan Jellyband wszakże był wielkim despotą. Miał inne widoki dla jedynaczki, przyszłej dziedziczki "Odpoczynku Rybaka", niż małżeństwo z młodym chłopcem, którego jedynym źródłem zarobku był połów ryb.
– Czy słyszysz, co mówię? – zawyrokował tym przyciszonym i dobitnym głosem, któremu nikt w zajeździe nie śmiał się sprzeciwić. – Zajmij się kolacją dla lorda Tony'ego i pamiętaj, że jeżeli lord nie będzie zadowolony, to na pewno coś oberwiesz.
Sally posłusznie wyszła z pokoju.
– Czy oczekujesz pan zapowiedzianych gości dziś wieczorem? – spytał Jimmy Pitkin, chcąc odwrócić od Sally uwagę gospodarza.
