
– Tak – odrzekł pan Jellyband.
– Czekam na przyjaciół lorda Tony'ego, których młody lord, jego towarzysz sir Andrew Ffoulkes i inni dżentelmeni wydarli ze szponów tych francuskich diabłów.
Ale tego było już za dużo dla przekornego pana Hempseeda.
– Po co oni to robią? Nie rozumiem celu mieszania się w cudze sprawy. A Pismo Święte mówi…
– Być może – przerwał mu Jellyband z goryczą; jesteś przecie przyjacielem pana Pitta i powtarzasz za panem Foxem: niech się mordują. Nie ma w tym nic dziwnego.
– Przepraszam – zaprotestował słabo Hempseed – tego nie mówiłem.
Ale gdy raz panu Jellybandowi udało się dosiąść ulubionego konika, nie dał tak łatwo za wygraną.
– Zaprzyjaźniłeś się z pewnością z jednym z tych francuskich szpiegów, którzy kręcą się między nami, aby przerabiać nas, Anglików, na ich modłę.
– Nie rozumiem, co chcesz powiedzieć – mruknął niechętnie Hempseed – wiem tylko, że…
– A ja wiem – głośno zawołał gospodarz – że mój dobry znajomy Peppercorn, właściciel "Niebieskiego Dzika", był prawym Anglikiem, jakich mało, a teraz? Pokumał się z kilkoma amatorami żabich nóżek, z tymi zepsutymi przeklętymi szpiegami i co się stało? Peppercorn rozprawia teraz o rewolucji, wolności, o zgładzeniu arystokratów, zupełnie tak, jak przed chwilą pan Hempseed.
– Przepraszam – zaprzeczył znów miękko zagadnięty – nie pamiętam, abym był kiedykolwiek…
Gospodarz, opowiadając o występkach imć pana Peppercorna, zwrócił się do całego zebranego grona gości, którzy z przejęciem go słuchali. Przy jednym stole dwaj mężczyźni, ubrani jak dżentelmeni, odsunęli na bok zaczętą partię domina i z nie tajoną ciekawością przysłuchiwali się jego wywodom. Gdy skończył, jeden nieznajomy ze złośliwym uśmiechem zwrócił się do pana Jellybanda:
– Mój szanowny gospodarzu -rzekł spokojnie – owych francuskich szpiegów, jak ich nazywacie, uważasz za bardzo przebiegłych ludzi, jeżeli potrafili w tak krótkim czasie zmienić zapatrywania twego przyjaciela Peppercorna. Jestem ciekawy, jak się do tego wzięli?
