
Kiwnął przyjaźnie głową Waite'owi, Pitkinowi i całej kompanii, siedzącej w kawiarni, i zbliżył się do ognia, aby osuszyć zmoczone odzienie i ogrzać się cokolwiek. W mgnieniu oka spostrzegł dwóch nieznajomych, zabierających się spokojnie do nowej partii domina, rzucił na nich krótkie, podejrzliwe wejrzenie i przez chwilę głęboka zaduma czy niepokój przyćmiły jego wesołą, młodą twarz. Ale tylko przez chwilę, bo równocześnie prawie zwrócił się do pana Hempseeda, który z uszanowaniem skłonił się przed nim.
– A co będzie z owocami? -zapytał uprzejmie.
– Źle, niestety, źle – odparł ze smutkiem zagadnięty. – Ale… co będzie z tym naszym rządem, sprzyjającym zbójom francuskim, którzy chcą zamordować swego króla i zgubić całą szlachtę?
– Oni rzeczywiście tego chcą -odparł lord Antony – mordują, kogo im się uda złapać, ale mamy kilku przyjaciół, którzy wyślizgnęli się z ich szponów i dziś w nocy tu będą.
Mówiąc te słowa, rzucił nieufne wejrzenie na ludzi, siedzących w rogu pokoju.
– Dzięki tobie i twoim towarzyszom, jak słyszałem, lordzie – odrzekł pan Jellyband.
Ale na te słowa lord Antony chwycił za ramię gospodarza i ostrzegawczo spojrzał na dwóch nieznajomych.
– Nie ma się czego obawiać, lordzie – szepnął Jellyband -nie odezwałbym się w ten sposób, nie będąc pewny, z kim mamy do czynienia. Ów pan jest takim samym wiernym poddanym naszego króla Jerzego, jak ty sam. Przyjechał niedawno do Dover dla ważnych interesów.
– Dla interesów? Może to jaki przedsiębiorca zakładów pogrzebowych, gdyż nigdy nie widziałem tak ponurej miny.
