
– Jest wdowcem, lordzie, i z pewnością dlatego tak posępnie wygląda. Ale przysięgam, że jest z naszych, a musisz przyznać, że nikt lepiej ode mnie, właściciela tak popularnego zajazdu, nie potrafi oceniać ludzi.
– W takim razie wszystko w porządku, jeżeli jesteśmy wśród swoich – odrzekł lord Antony, który widocznie nie miał zamiaru rozpoczynać dyskusji z gospodarzem. – Ale powiedz mi, czy mieszka obecnie ktoś u ciebie?
– Nikt, lordzie, i nikogo się nie spodziewam, prócz…
– Prócz?…
– Nie będziesz, lordzie, miał nic przeciwko?
– Któż to?
– Sir Percy Blakeney i jego żona będą tu za chwilę, ale nie pozostaną długo.
– Lady Blakeney? – zawołał lord Antony ze zdziwieniem.
– Właśnie ona. Pachołek sir Percy'ego był tu przed chwilą.
Powiedział, że brat lady wyjeżdża do Francji dziś na "Day Dream", jachcie Percy'ego, a lord Blakeney i lady przyjadą aż tu, aby go pożegnać. Czy ci to nie dogadza w czymkolwiek?
– Ależ nie, przyjacielu, wszystko mi dogadza pod warunkiem, aby kolacja, którą nam poda miss Sally, była najlepszą, jaką kiedykolwiek przyrządziła w "Odpoczynku Rybaka".
– Nie ma obawy, lordzie -odparła Sally, nakrywając do stołu, który ślicznie wyglądał z pięknym bukietem kolorowych astrów pośrodku, niebiesko_chińską porcelaną i świecącymi cynowymi pucharami.
– Na ile osób mam nakryć, lordzie?
– Na pięć, nadobna Sally, ale niech posiłek będzie przygotowany przynajmniej na dziesięć; nasi przyjaciele przybędą zmęczeni i głodni. Ja zaś zjadłbym chętnie całego wołu.
– Jadą! jadą! – zawołała wesoło Sally, gdy w oddali rozległ się tętent zbliżających się koni. W kawiarni zawrzało jak w ulu. Wszyscy byli ciekawi ujrzeć przyjaciół lorda Antony'ego, przybywających z drugiej strony kanału. Sally przejrzała się znów w lusterku, wiszącym na ścianie, a Jellyband wybiegł co prędzej przed dom, aby przywitać dostojnych gości. Tylko dwaj nieznajomi w kącie pokoju nie brali udziału w ogólnym podnieceniu. Spokojnie grali dalej w domino, nie oglądając się nawet na drzwi wejściowe.
