
– Prosto przed siebie, hrabino, i drzwi na prawo -objaśniał dźwięczny głos.
– Rzeczywiście to oni -zawołał radośnie lord Antony. -Sally, podaj zupę jak najprędzej.
Drzwi otworzyły się szeroko i na salę, poprzedzone przez kłaniającego się w pas Jellybanda, weszły cztery osoby, dwóch panów i dwie panie.
– Witajcie, witajcie w starej Anglii! – zawołał ze wzruszeniem lord Antony, idąc naprzeciw nowoprzybyłych z wyciągniętymi ramionami.
– Pan z pewnością jesteś Lord Antony Dewhurst? – rzekła jedna z pań wybitnie obcym akcentem.
– Do usług, madame -odpowiedział, całując ze czcią ręce obu pań. Następnie zwróciwszy się do mężczyzn, gorąco uścisnął im dłoń.
Sally pomogła paniom zrzucić z siebie podróżne płaszcze, po czym obie, skostniałe z zimna, zwróciły się do jasnego i wesołego kominka, a Sally żwawo pobiegła do kuchni. Jellyband w ciągłych ukłonach przysunął do ognia kilka krzeseł, a Hempseed śpiesznie się oddalił. Wszyscy patrzyli ciekawie na nieznajomych.
– Cóż wam mogę powiedzieć, panowie? – zapytała starsza pani, grzejąc nad ogniem kształtne ręce i patrząc z niewysłowioną wdzięcznością na lorda Antony'ego i na jednego z towarzyszy podróży, który zdejmował ciężki, zakapturzony płaszcz.
– Że jesteś pewno zadowolona z przybycia do Anglii, hrabino, i że nie zmęczyła cię zanadto ciężka podróż – odrzekł lord Antony.
– Jesteśmy tak bardzo szczęśliwi – odparła, a oczy jej napełniły się łzami – że zapomnieliśmy już o przebytych cierpieniach.
Głos był miły i dźwięczny, a z zachowania jej biła godność i powaga. Cierpienia wyryły piętno na jej pięknej, klasycznej twarzy, okolonej wspaniałymi, śnieżnobiałymi włosami, upiętymi wysoko nad czołem według ówczesnej mody.
– Nie wątpię, że mój przyjaciel, sir Andrew Ffoulkes okazał się uprzejmym towarzyszem podróży, madame.
– Sir Andrew był wcieloną dobrocią! Czy potrafimy kiedykolwiek wywdzięczyć się wam, panowie?
