
– Mój wnuk zachorował na ospę
– rzekła, wskazując wnętrze wozu. – Niektórzy mówią, że to dżuma, a w takim razie nie pozwolą mi jutro przyjechać do Paryża.
Na wzmiankę o ospie Bibot cofnął się trwożnie, ale gdy stara wiedźma wspomniała o dżumie, odskoczył od wozu jak oparzony.
– Niech cię diabli wezmą! -syknął przez zęby.
– Raczej niech ciebie diabli wezmą, towarzyszu, żeś taki tchórz. To dopiero wojak, który boi się choroby!
– Do licha, dżuma!
Ale i tłum skamieniał ze strachu wobec potwornego widma choroby. Ona jedna mogła jeszcze wzbudzić uczucie lęku i obrzydzenia w tych posępnych duszach.
– Wynoś się czym prędzej z zapowietrzonym dzieciakiem! – wrzasnął ochryple Bibot.
Z nowym wybuchem śmiechu i przekleństwem na ustach stara kobieta zacięła chudą szkapę i przejechała przez bramę.
Ten wypadek zepsuł wesoły nastrój. Widmo nieuleczalnej choroby, zwiastunki powolnej i samotnej śmierci stanęło przed oczami tłumu. Ludzie snuli się w głuchym milczeniu, zerkając podejrzliwie jeden na drugiego i unikając się wzajemnie, jak gdyby dżuma wisiała już nad ich głowami.
Nagle w galopie nadjechał kapitan gwardii, Bibot znał go doskonale, więc nie było niebezpieczeństwa, aby się nagle zamienił w chytrego Anglika.
– Wóz? – krzyknął ochrypłym głosem, nim dojechał do bramy.
– Jaki wóz? – spytał szorstko Bibot.
– Wóz ze starą wiedźmą – kryty wóz!
– Było ich kilkanaście…
– Stara kobieta, która twierdziła, że jej wnuk ma dżumę…
– Tak.
– Nie puściłeś ich przez bramę?
– Do licha! – jęknął Bibot, którego czerwone policzki powlekły się trupią bladością.
– W wozie była ukryta hrabina de Tournay i jej dwoje dzieci! -wszyscy zdrajcy i skazani na śmierć…
– A woźnica? – szepnął Bibot, wstrząśnięty zabobonnym dreszczem przerażenia.
