— Jestem sierżant Wenalont — powiedział krótko. — Jako Melfianin nie korzystam z odzieży, bo mój zewnętrzny szkielet jest wystarczająco odporny na warunki środowiskowe, jednak pasjonuję się przygotowywaniem strojów dla istot o różnych obcych i niezwykłych kształtach. To znaczy, obcych i dziwnych dla mnie. Zaczniemy od powłoki oraz bielizny i tubusowych okryć na nogi. Proszę się rozebrać, sir.

Miałem nie przyjmować rozkazów od podoficerów, przypomniał sobie O’Mara, czując narastającą irytację. Zaraz jednak powiedział sobie, że skoro sierżant poprzedził polecenie słowem „proszę” i dodał na końcu „sir”, bo raczej trudno mówić w tym wypadku o rozkazie.

— Teraz dopasujemy resztę — powiedział Wenalont kilka chwil później. — To znaczy strój roboczy oraz mundur wyjściowy. Gdy będziemy już pewni, że jest panu w nich wygodnie, duplikaty zostaną wysłane do pańskiej kwatery na poziomie oficerskim…

Kościste kończyny Melfianina manipulowały wokół jego ciała, naciągając, wygładzając i poprawiając kolejne sztuki odzieży. Ani na chwilę nie przestawał mówić o typach zapięć, insygniach i właściwym sposobie noszenia pasa na broń i wyposażenie.

Wkrótce wszystko było gotowe. Sierżant ujął go mocno za przedramiona i obrócił twarzą do wysokiego na całą ścianę lustra.

O’Mara ujrzał przed sobą postawnego mężczyznę w zielonym, paradnym mundurze z symbolami Korpusu Kontroli lśniącymi na wyłogach kołnierza oraz gwiazdami porucznika i odznakami służby kosmicznej na pagonach. Pod jednym z nich tkwił zgrabnie złożony beret.

Wbrew oczekiwaniom nie poczuł się wcale zdegustowany. Nie potrafił wprawdzie powiedzieć, co dokładnie czuł, ale było to raczej pozytywne wrażenie.



55 из 253