
Muszę mieć pewność, całkowitą pewność.
– Ale dlaczego zwraca się pani z tym do mnie? W mieście jest ze stu detektywów.
– John Barton polecił mi pana.
– A tak, Barton. No to niech pani słucha, muszę dostać zaliczkę. I musi pani wszystko omówić ze mną nie przez telefon, tylko osobiście.
– Będę za kilka minut – oznajmiła.
Odłożyła słuchawkę. Zapiąłem rozporek.
I czekałem.
Weszła.
No, nie kłamię, na sam jej widok zacząłem się ślinić. Kieckę miała tak obcisłą, że o mało nie pękały szwy. Babka musiała przepadać za koktajlami czekoladowymi. Jej obcasy przypominały małe szczudła. Szła niczym kulawy pijaczek, zataczając się na boki. Jeden ponętny zawrót głowy.
– Niech pani siada – powiedziałem.
Usiadła i skrzyżowała nogi tak wysoko, że niemal wypadły mi gały.
– Miło mi panią widzieć – oświadczyłem.
– Przestań się pan gapić. Nie mam tam nic, czego nie widziałeś dotąd.
– Akurat w tym wypadku jest pani w błędzie. Ale wszystko po kolei. Jak się pani nazywa?
– Pani Śmierć.
– Pani Śmierć? Występuje pani w cyrku? W filmach?
– Nie.
– Miejsce urodzenia?
– Nieważne.
– Rok urodzenia?
– To ma być żart?
– Nie, chcę tylko zebrać wstępne informacje…
Straciłem wątek, zacząłem się gapić na jej nogi. Zawsze najważniejsze są dla mnie nogi. Były pierwszą rzeczą, jaką ujrzałem, kiedy się rodziłem. Wtedy starałem się wydostać. Od tego czasu ciągle pcham się w przeciwnym kierunku, ale wyniki mam raczej mizerne.
Strzeliła palcami.
– Hej, ty, otrząśnij się!
– Hm? – Uniosłem głowę.
– Sprawa Celine'a. Pamiętasz?
– Ta, pewnie.
Rozprostowałem spinacz, skierowałem koniec w jej stronę.
– Będzie mi się należał czek za moje usługi.
– Jasne. – Uśmiechnęła się. – Ile bierzesz?
– 6 doków za godzinę.
Wyjęła książeczkę czekową, coś tam nagryzmoliła, wyrwała czek i rzuciła w moją stronę. Wylądował na biurku. Podniosłem go. 240 $. Nie widziałem tyle szmalu, odkąd trafiłem porządek w Hollywood Park w 1988.
