
Miałem ochotę go zabić. Ale zabrałem mu tylko złotą kartę kredytową Visa, kopnąłem go w dupę i zjechałem windą na dół.
Postanowiłem pójść na piechotę do antykwariatu Reda. Ilekroć brałem wóz, dostawałem mandat za złe parkowanie, a na płatne parkingi nie było mnie stać.
Szedłem w stronę antykwariatu nieco przygnębiony. Człowiek rodzi się po to, żeby umrzeć. Co to właściwie oznacza? Zbijanie bąków i czekanie. Czekanie na właściwy pociąg. Czekanie na parę dużych cycków w sierpniową noc w pokoju hotelowym w Las Vegas. Czekanie, aż mysz zacznie śpiewać. Czekanie, aż wężowi wyrosną skrzydła. Zbijanie bąków.
Red był na miejscu.
– Masz szczęście – rzekł. – Minąłeś się z tym pijakiem Chinaskim. Właśnie tu był i chwalił się swoją nową wagą do listów.
– Chuj z nim – stwierdziłem. – Masz podpisany egzemplarz Kiedy umieram Faulknera?
– Pewnie.
– Za ile?
– 2800 dolców.
– Zastanowię się…
– Przepraszam – powiedział Red.
Po czym zwrócił się do faceta przeglądającego pierwsze wydanie Nie ma powrotu.
– Odstaw pan książkę na półkę i wynocha stąd!
Był to nieduży, przygarbiony facecik ubrany w coś, co przypominało żółty strój nurka.
Odstawił książkę i minął nas, kierując się do wyjścia; oczy mu się zawilgotniły. Przestało padać. Jego żółty gumowy strój był bezużyteczny.
Red spojrzał na mnie.
– Uwierzysz, że niektórzy wchodzą tu z lodami?
– Mogę uwierzyć w znacznie gorsze rzeczy.
Potem zauważyłem, że jeszcze ktoś jest w antykwariacie. Stał na końcu sali. Poznałem go ze zdjęć. Celinę. Celinę?
Ruszyłem wolno w jego stronę. Podszedłem bardzo blisko. Tak blisko, że widziałem, co czyta. Thomas Mann. Czarodziejska góra.
Spostrzegł mnie.
– Ten gość ma nie po kolei – oświadczył, unosząc książkę.
– Dlaczego?
– Wydaje mu się, że nudziarstwo to Sztuka.
Odłożył książkę i przez chwilę tylko stał, wyglądając jak Celinę.
