– Dzięki za miłe słowa. Interesy nie idą mi najlepiej.

– Obserwuję cię. Dasz sobie radę, musisz tylko przetrzymać gorszy okres.

– Jasne. Co mogę dla pana zrobić, panie Barton?

– Usiłuję znaleźć Czerwonego Wróbla.

– Czerwonego Wróbla? A co to za ptaszek, u licha?

– Wiem, że istnieje, i chcę, żebyś mi go znalazł.

– Ma pan dla mnie jakieś wskazówki?

– Nie, ale jestem pewien, że gdzieś tam jest.

– Ten Wróbel nie ma jakiegoś imienia? Nazwiska?

– Nie rozumiem.

– Nie nazywa się Henry, Abner albo Celinę?

– Nie, po prostu Czerwony Wróbel i wiem, że zdołasz go znaleźć. Wierzę w ciebie.

– Ale to będzie kosztowało, panie Barton.

– Jeśli znajdziesz Czerwonego Wróbla, będę ci płacił 100 dolców miesięcznie do końca twojego życia.

– Hmm… A nie mógłby mi pan za jednym zamachem wypłacić całej sumy?

– Nie, Nick, przepuściłbyś wszystko na wyścigach.

– No dobrze, panie Barton, proszę mi podać swój numer telefonu. Zajmę się tym.

Barton podał mi numer, po czym rzekł:

– Mam do ciebie pełne zaufanie, Belane.

I rozłączył się.

No, interes zaczynał się rozkręcać. Ale sufit przeciekał coraz bardziej. Strząsnąłem z siebie nieco kropli, łyknąłem sake, skręciłem szluga, zapaliłem, zaciągnąłem się dymem i zaniosłem suchotniczym kaszlem. Włożyłem brązowy melonik, włączyłem automatyczną sekretarkę, podszedłem wolno do drzwi i je otworzyłem; za nimi stał McKelvey. Miał ogromną klatę i takie bary, jakby wepchnął pod marynarkę poduszki.

– Umowa ci wygasła, gnojku! – ryknął. – Bierz dupę w troki i wynoś się w cholerę!

Nagle zobaczyłem jego brzuch. Przypominał miękką górę gówna; pięść aż mi się zapadła po nadgarstek, kiedy zadałem cios. McKelvey zgiął się wpół i wyrżnął mordą w moje uniesione kolano. Upadł, przetoczył się na bok. Ohydny widok. Podszedłem i wyciągnąłem mu z kieszeni portfel. Zobaczyłem zdjęcia dzieci w pornograficznych pozach.



5 из 127