Ręka Caxtona spoczęła na wyłączniku urządzenia nagrywającego. Ostatnie słowa wypowiedział spokojnym tonem, w którym czaiła się śmiertelna groźba.

— A jeśli temu małemu stanie się jakaś krzywda, O’Mara, jeśli w ogóle coś mu się stanie, Korpus Kontroli nie będzie miał kogo sądzić…

Znaczenie tych słów jest jasne, pomyślał ze złością O’Mara, gdy kierownik sekcji opuścił jego przedział; został skazany na przebywanie z tym półtonowym żywym czołgiem przez okres, który — choćby najkrótszy — zdawał się wiecznością. Każdy wiedział, że wystawienie Hudlarianina w przestrzeń kosmiczną to tyle co zostawienie psa poza domem na noc: oba wypadki nie powodują żadnych szkodliwych następstw. Ale to, co ludzie wiedzą i co czują, to dwie zupełnie różne rzeczy, a O’Mara miał do czynienia z prostym, rzeczowym, przesadnie uczciwym i mocno rozgniewanym budowniczym stacji kosmicznych.

* * *

Sześć miesięcy wcześniej, kiedy O’Mara dostał etat na budowie Szpitala Kosmicznego, stwierdził, że ponownie skazany jest na pracę, która — choć sama w sobie ważna — nie przynosi mu zadowolenia, a także leży grubo poniżej jego możliwości. Takie frustrujące sytuacje powtarzały się niezmiennie od momentu, kiedy skończył szkołę; kadrowcy nie mogli uwierzyć, że młody człowiek o takich kwadratowych, brzydkich rysach i tak potężnych barach, przy których głowa wydawała się nienaturalnie mała, mógłby się interesować takimi subtelnościami, jak elektronika czy psychologia. Wyruszył w kosmos z nadzieją, że tam będzie inaczej, ale zawiódł się. Mimo wysiłków, aby podczas rozmów wstępnych olśnić personalnych ogromną wiedzą, ci niezmiennie byli pod wrażeniem jego atletycznej budowy i ledwie słuchali tego, co mówił. Potem zaś niezmiennie opatrywali jego podania adnotacją: „Nadaje się do ciężkiej, długotrwałej pracy fizycznej”.



6 из 223