
Wyglądało na to, że jedynym rozwiązaniem problemu nieprzyjemnego zapachu, pomyślał z niesmakiem, wracając do swego przedziału, będą koreczki do nosa.
Gdy przestąpił próg śluzy, powitał go ryk o sile syreny okrętowej. Wybuchał długimi dysonansami, przerywanymi na tak krótko, że mógł tylko wzdrygnąć się przed następnym. Oględziny wykazały, że ostatnia warstwa pożywienia gdzieniegdzie się już przetarła, więc zapewne jego słodkie maleństwo było znowu głodne. O’Mara chwycił rozpylacz.
Kiedy zdołał już pokryć około trzech metrów kwadratowych, karmienie przerwała mu wizyta doktora Pellinga. Lekarz ekipy montującej Szpital zdjął tylko hełm i rękawice i przez chwilę rozprostowywał zdrętwiałe palce.
— Zdaje się, że zranił się pan w nogę — mruknął. — Spójrzmy na to.
Badał nogę O’Mary z największą delikatnością, ale widać było, że robi to z obowiązku, a nie z sympatii do pacjenta.
— To tylko silne stłuczenie i kilka nadwerężonych ścięgien — powiedział powściągliwie. — Miał pan szczęście. Trzeba teraz odpoczywać. Dam panu jakąś maść. Malował pan pokój?
— Co…? — zaczął O’Mara, ale po chwili dostrzegł, w którą stronę patrzy lekarz. — A nie, to substancja odżywcza. Ten mały łobuz cały czas się wiercił, kiedy go opryskiwałem. Ale skoro o nim mowa, może mi pan powiedzieć…
— Nie, nie mogę — odrzekł Pelling. — I tak mam głowę przeładowaną chorobami i lekarstwami dla własnego gatunku; miałbym jeszcze dopychać sobie hipnotaśmy o fizjologii klasy FROB? Poza tym one są wytrzymałe, nic im się nie może stać! — Głośno pociągnął nosem i skrzywił się. — Dlaczego nie wystawi go pan na zewnątrz?
