
— Niektórzy mają zbyt miękkie serce — powiedział O’Mara z goryczą. — Przeraża ich tak oczywiste okrucieństwo jak podnoszenie kota za kark…
— Hmmm — chrząknął lekarz prawie ze współczuciem. — No, ale to pański problem, nie mój. Do zobaczenia za parę tygodni.
— Chwileczkę! — zawołał O’Mara pospiesznie, kuśtykając za lekarzem z chwilowo pustą nogawką. — A jeśli coś się stanie? W ogóle powinny gdzieś być jakieś przepisy dotyczące opieki nad tymi stworami, jakieś najprostsze zasady. Nie może mnie pan tak zostawić, żebym…
— Rozumiem — rzekł Pelling. Zastanawiał się chwilę. — Gdzieś w moim przedziale plącze się pewna książka, coś jakby hudlariański poradnik pierwszej pomocy. Ale on jest w języku uniwersalnym…
— Znam uniwersalny — powiedział O’Mara.
Pelling wyglądał na zdumionego.
— Sprytny z pana chłopak. No dobrze, podeślę panu tę książkę. — Skinął głową i wyszedł.
* * *O’Mara zamknął drzwi sypialni, mając nadzieję, że choć trochę zmniejszy to intensywny zapach pokarmu malca, a następnie ostrożnie położył się na kanapie w drugim pokoju. Cieszył się na myśl o zasłużonym odpoczynku. Ułożył nogę tak, że ból był prawie znośny, i zaczął wmawiać sobie konieczność zaakceptowania istniejącej sytuacji. Udało mu się jedynie nieco uspokoić.
Był jednak tak znużony, że nawet gniew go męczył. Powieki mu opadały, a od dłoni i stóp rozchodziło się powoli ciepłe odrętwienie. O’Mara westchnął, poprawił się na kanapie i zaczął powoli zasypiać…
Ryk, który go poderwał, odznaczał się wrzaskliwą i autorytatywną natarczywością wszystkich syren alarmowych, jakie w życiu słyszał, jego natężenie zaś groziło wyrwaniem z prowadnic drzwi sypialni. O’Mara instynktownie chwycił skafander, a kiedy zrozumiał, co się stało, cisnął go z przekleństwem na ustach i ruszył po rozpylacz.
