– To zależy tylko od tego, jak gotuje – odpowiedział.

– Pieczesz najlepsze szarlotki, jakie kiedykolwiek jadłem.

– Doprawdy? – Miło było pomyśleć, że jest się w czymś dobrym. Jej nie zdarzało się to każdego dnia.

– Dziękuję.

– W czym problem, Purdy? Jej uśmiech natychmiast zgasł.

– Jak już wspomniałam, w mojej głupocie. – Westchnęła ciężko. – Przed wyjazdem zapomniałam sprawdzić, czy bak jest pełny, i oczywiście nie był. Dlatego sterczę tu już… – zerknęła na zegarek – co, tylko godzinę? Byłam pewna, że co najmniej ze trzy.

Gdyby chociaż upał nie był tak niemiłosierny. W okolicy nie rosło żadne, najlichsze nawet drzewo, mogące dać choćby namiastkę cienia. Wszystko, co mogła zrobić, to siedzieć cierpliwie w samochodzie i modlić się o cud.

– Jasne, w takich sytuacjach czas dłuży się niemiłosiernie.

Nat wciąż patrzył na nią z uwagą, zaś Purdy z przykrością uświadomiła sobie, że musi koszmarnie wyglądać, wycieńczona i lepka od potu.

– To moja wina. Grangerowie już pierwszego dnia ostrzegli mnie, żebym nigdy nie opuszczała Cowen Creek bez sprawdzenia poziomu benzyny w baku. Ale cóż, byłam tak zabiegana, że z ledwością pamiętałam, jak się nazywam. Zabrakło mąki, cukru i mnóstwa innych rzeczy. Chciałam jak najszybciej pojechać do sklepu, by zdążyć przed obiadem. No i utknęłam tutaj.

Nie zdradziła się, co było głównym powodem jej podróży. Otóż w domu zabrakło również ulubionego puddingu Rossa.

– Zdarza się – mruknął pocieszająco. Prawdę mówiąc, ludziom, którzy mieszkali tu dłużej niż tydzień, to się nie zdarzało, bowiem podobną nieostrożność można było przypłacić życiem. Ale cóż, panna Purdy wyglądała na dosyć oryginalną osobę.

– Nie wiem, jak mogłam być tak głupia. – Westchnęła ciężko.

– Na szczęście nie aż tak głupia, żeby wysiąść z samochodu i ruszyć piechotą do domu.

Głos Nata był spokojny i nad wyraz sympatyczny, wręcz kojący. Purdy spojrzała na niego z wdzięcznością.



2 из 96