Cóż, nie był w jej typie jak Ross, ale sprawiał wrażenie człowieka miłego, przyjaznego i opiekuńczego. W sam raz na trudne chwile. Lepiej nie mogła trafić.

– Może masz rezerwowy kanister benzyny? – Była jeszcze szansa, by pognać do sklepu i wrócić do Cowen Creek, nim Ross zauważyłby, że jej nie ma. No i dostałby na czas swój ulubiony pudding.

– Niestety.

– Ach tak… – Z trudem ukryła rozczarowanie. – Nat, czy jedziesz do Cowen Creek?

A niby dokąd? – dodała w duchu. Niepotrzebnie pytała, bowiem droga prowadziła właśnie tam.

– Jasne, że do Cowen Creek. Mam sprawę do Billa.

– Mogę się z tobą zabrać?

Znów niepotrzebnie pytała. W tym klimacie i w takiej pustce wszyscy pomagali sobie w trudnych sytuacjach. Było to normą.

– Oczywiście… Słuchaj, a może najpierw podwiozę cię do Mathison? – Powiedział to zupełnie spontanicznie, bez zastanowienia. Coś w niej go ujęło, skrywana bezradność, a może intrygujący błysk srebrzystoszarego spojrzenia? Kiedy Purdy spojrzała na niego ze zdziwieniem, dodał: – Mogłabyś zrobić zakupy, a ja zorganizowałbym jakiś kanister.

Powiedział to tak naturalnie, jakby było czymś zupełnie oczywistym nadkładanie kilkudziesięciu kilometrów dla prawie nieznajomej dziewczyny.

– Przecież mówiłeś, że masz jakąś sprawę do Billa – powiedziała niepewnie. Była kompletnie zaskoczona tym, że to, o co modliła się przez ostatnią godzinę, nagle zaczyna się spełniać.

– Nie ma pośpiechu – odparł. Wciąż nie pojmował, dlaczego tak się zachował.

– Ale…

– Oczywiście, jeśli nie masz na to ochoty, możemy jechać prosto do Cowen Creek.

– Nie! – wykrzyknęła gwałtownie, bojąc się, że straci taką okazję. – Jeśli naprawdę możesz najpierw pojechać do Mathison, byłoby cudownie.

Otworzył drzwi ciężarówki.

– W takim razie wskakuj.

– Uratowałeś mi życie – odezwała się, zajmując miejsce w środku wozu.



3 из 96