
– Nie przesadzaj – powiedział z lekkim zdziwieniem. – Nic ci nie groziło, dopóki siedziałaś w samochodzie. Przecież Grangerowie, jak tylko by zauważyli, że długo ciebie nie ma, rozpoczęliby poszukiwania. Zawsze tak tu robimy.
Purdy przymknęła powieki, rozkoszując się strumieniem chłodnego powietrza. Dopiero kiedy znalazła się w Australii, doceniła, jak wspaniałym wynalazkiem jest klimatyzacja.
– Wiem, że nic by mi się nie stało, bo wreszcie ktoś by mnie znalazł, ale dzięki tobie nie będę musiała tłumaczyć się przed wszystkimi, jaka ze mnie idiotka. To byłoby straszne.
– Przecież Grangerowie to świetni ludzie i na pewno by się na ciebie nie złościli ani nie kpili.
– I to właśnie jest najgorsze. Nie powiedzieliby złego słowa, ale jak ci ktoś ufa, to nie chcesz wychodzić przed nim na głupka. A wciąż mi się to zdarza… Kiedy dostałam u nich pracę, od razu wiedziałam, że nic lepszego nie mogło mi się przytrafić. Są dla mnie tacy mili… Pan i pani Grangerowie… I Ross, oczywiście. – Już samo wymienienie jego imienia przyprawiało ją o niespokojne trzepotanie serca. Miała jednak nadzieję, że Nat nie jest aż tak spostrzegawczy. – Są zbyt mili, by wreszcie powiedzieć mi, jaka ze mnie za idiotka – zakończyła z rezygnacją.
Nat spojrzał na Purdy. Z całą pewnością nie wyglądała na idiotkę. Jej twarz promieniała ciepłem, intrygowała. Łagodna linia profilu, nieuchwytny urok…
– Dlaczego mieliby tak myśleć?
– Bo taka jest prawda. Odkąd tu jestem, niczego nie udało mi się zrobić tak jak należy.
– Zaraz, zaraz. Bill Granger mówił mi, że jesteś najlepszą kucharką, jaką kiedykolwiek mieli.
– To żadna sztuka. – Wzruszyła ramionami. – A ja chcę robić to, co wszyscy tutaj potrafią, poza mną oczywiście…
– To znaczy co?
– Łapanie źrebaków na lasso, oporządzanie krów w stodole. No i sprawdzanie poziomu benzyny, zanim wybiorę się w dłuższą podróż…
Uśmiechnął się.
